Grosz do grosza – jak odkładać na marzenia?

Jeszcze w czasie, gdy byliśmy z Małym Człowiekiem we dwoje – ktoś mnie zapytał, jakim cudem stać mnie na drogi fotelik samochodowy, skoro Tamten Mężczyzna nie płaci alimentów a sama wcinam tosty na zmianę z makaronem. Odpowiedź była prosta: bo są rzeczy ważne i ważniejsze.

Jeśli coś jest ważniejsze, warto zrezygnować z czegoś mniej ważnego. Jeśli mam na uwadze zakup fotelika, odkładam na niego – kosztem chociażby skromności w swoim jadłospisie. Jeśli mam na uwadze zakup fotelika, odkładam na niego – nie kupuję wtedy podkładu, swetra czy lakieru do paznokci, nawet jeśli mój się skończy. Kupię, gdy skończę odkładać na fotelik.

***

To taki najprostszy przykład tego, o czym chcę dzisiaj napisać. A napisać w sumie z prostego powodu – bo pytaliście kiedyś i czasem pytacie nadal. Bo wszyscy tak bardzo lubią zaglądać innym do portfela. Więc zajrzyjmy do naszego i odpowiedzmy sobie wspólnie na pytanie: dlaczego w nim tak mało?!

Każdy ma marzenia, prawda? Gdybyśmy tak mieli z B. wypisać nasze obecne – byłoby ich całkiem sporo. Bo wakacje gdzieś tam. Bo własny – a nie wynajmowany – kąt. Bo drugi samochód (a może po prostu lepszy?). Bo taki super wypasiony ekspres do kawy może? I taki świetny narożnik do salonu zamiast naszej ikeowskiej kanapy! I tak dalej i dalej. Wróćmy do domu. Tego wymarzonego, oczywiście!

Marzymy o domu. O tarasie, na którym będziemy siedzieć we dwoje wieczorem i pić herbatę. O domu, w którym rano będziemy słyszeć tupot dziecięcych stóp na schodach. O domu, w którym nie słyszymy sąsiada za ścianą. O domu, który jest nasz. Tak po prostu nasz.

Kiedy z początkiem tego roku powzięliśmy pewne decyzje, pewne kroki – znacznie poważniejsze i bardziej zobowiązujące od wspólnego zamieszkania, nasz cel był już wtedy bardzo jasny. Ten dom właśnie. I to jest to, co jest dla nas najważniejsze. Nie nowe auto – bo nasze jest świetne! Nie nowy ekspres – bo latte można zrobić z pomocą samego spieniacza i tyle. Ten dom to nasz cel. 

W jaki sposób można odkładać na tak wielki cel, mając dziecko, bieżące wydatki i czynsz najmu, będący 1/5 naszych zarobków? A no można! My mamy na to pięć sposobów, Wam polecamy na początek wybrać chociaż dwa i… działać!

Sposób pierwszy: stały budżet

Banalnie brzmi. Ale tak naprawdę to troszeczkę żmudna robota. Z czasem jednak przychodzi przyzwyczajenie i wchodzi to w krew, ot zwyczajny nawyk. Po kolei jednak! Przez dwa miesiące zbieraliśmy paragony i faktury by ocenić, ile i na co wydajemy. Później przyszedł moment policzenia i oszacowania, jak to wygląda w skali miesiąca. Rachunki, przedszkole, benzyna, zakupy spożywcze – to koszty, które ze spokojem można przewidzieć. Do tego dokładamy określoną kwotę na nieprzewidziane wydatki, typu leki, wychodne, itd.

Oprócz tego, co wydajemy każdego miesiąca, można też określić sezonowe wydatki. Ubezpieczenie samochodu, wymiana opon, sezonowa wymiana garderoby Małego Człowieka, prezenty świąteczne czy rodzinne uroczystości, wyjazdy. To te, o których wiemy wcześniej i które nas raczej nie zaskakują.

Nasza rada? Nie wychodzimy poza budżet! Jeżeli ustaliliśmy – dla przykładu, że na cotygodniowe zakupy spożywcze wydajemy dwie stówki, to dwie stówki wydajemy. I tyle. A wszystko, co zostaje poza budżetem – odkładamy na marzenia!

Sposób drugi: puszka na drobniaki

Tutaj akurat nie ma co się rozwodzić nad tematem. Stawiamy puszkę, słoik czy inną skarbonkę i każdego – uwaga, KAŻDEGO! – dnia wieczorem wrzucamy tam wszystkie drobne, jakie mamy w portfelu. My robimy tak codziennie, w samochodzie wozimy jedynie kilka monet na parkingi. Na co dzień nie korzystamy z płatnych, nie mamy takiej potrzeby ale zdarza się, że trzeba coś załatwić w centrum i drobne do parkometru się przydają.

Nasza rada? Wyćwiczyć ten nawyk! W skali roku w ten sposób można zebrać kilkaset złotych! I odłożyć na marzenia!

Sposób trzeci: puszka na nieplanowane wpływy

Pojemniczek, do którego wrzucamy środki nieprzewidziane. My akurat mamy tylko jedną dość sporą i do niej wrzucamy i drobniaki, i te kwoty dodatkowe. Na przykład: premia z pracy, pieniądze za sprzedanie jakiegoś bibelotu zbędnego, prezent (też się może zdarzyć), i tak dalej i dalej. U nas to między innymi pieniądze zarobione na blogu czy przed przeprowadzką wszystko to, co zarobiliśmy na sprzedaży zbędnych mebli i innych gratów. Osobną skarbonkę ma Mały Człowiek, do której wrzucamy kwoty za sprzedane rzeczy po nim, np. stare wózki czy niemowlęce łóżeczka.

Nasza rada? Wpadnie dodatkowy grosz – udawać, że go nie ma i od razu odkładać!

Sposób czwarty: określona kwota odkładana co miesiąc

Gdy już wyliczyliśmy budżet i oszacowaliśmy, co trzeba ograniczyć w wydatkach bo jest ich za dużo (sposób pierwszy), mamy jasność ile co miesiąc powinno nam zostawać. W tym momencie warto założyć, że każdego miesiąca od razu odkładamy połowę tej kwoty. Czyli przychodzi dzień wypłaty – opłacamy rachunki, itd. a tą określoną sumę po prostu odkładamy. I przestaje ona dla nas istnieć. Pozostałą kwotą gospodarujemy według określonego wcześniej budżetu a pod koniec miesiąca wszystko to, co zostało – również odkładamy.

Nasza rada? Połowę szacunkowej pozostałości z budżetu odkładać bez litości! Można się zdziwić, ile w ciągu roku trafi do tej puli. 😉

Sposób piąty: oszczędzamy!

Tak, wiem – poprzednie cztery punkty niby o tym były. Bo odkładamy drobniaki, odkładamy nadwyżki, określamy budżet czy ustalamy kwotę do odłożenia co miesiąc. Ale… jest coś jeszcze! Bo to wszystko, co powyżej – byłoby bez sensu, gdyby nie rozsądek w codziennych wydatkach. Bo nigdy nie odłożymy satysfakcjonującej kwoty, nawet odkładając latami, jeśli będziemy zwyczajnie rozrzutni. Dlatego trzeba – koniecznie! – zastanawiać się nad każdym wydatkiem.

Czy piętnastka koszulka w kucykiem jakimś tam jest potrzebna naszemu dziecku? Czy zdąży ją przenosić nim urośnie do większego rozmiaru? Czy musimy mieć w domu dwadzieścia drogich lakierów do paznokci? Nie wystarczy pięć? 😉 Czy musimy wymienić telewizor na większy tylko dlatego, że większy jest dostępny? Czy musimy co sezon wymieniać garderobę bo zmieniają się trendy? Czy musimy robić codziennie zakupy w spożywczaku osiedlowym zamiast raz w tygodniu w markecie, gdzie jest zwyczajnie taniej? Przykłady można wymieniać bez końca.

Nasza rada? Oszczędzać, kupować z rozwagą, nad każdym nieplanowanym wydatkiem piętnaście razy się zastanowić. Zamiast wyrzucać pieniądze w błoto, lepiej… wrzucić je do skarbonki!

***

Jestem przekonana, że ktoś mi napisze lub powie, że jak ktoś nie ma środków – to i odkładać nie może. Teoretycznie to wiem. W praktyce jeszcze dwa lata temu odkładałam tylko drobniaki i tylko – uwaga! – stałą kwotę stu złotych miesięcznie. To był mój początek. Wówczas wkładając do puszki sto złotych co wypłatę, okrajałam swój budżet na tzw. życie o spory procent. Po opłaceniu rachunków, kupieniu wszystkiego Małemu Człowiekowi i skrajnie skromnym gospodarowaniem resztą – pod koniec miesiąca udawało mi się czasem coś do tej stówki dorzucić, czasami mi zabrakło na coś typu: kserówki na studia, jakaś książka, kosmetyk czy inny, niewiele znaczący detal. Ale nie wyjmowałam z puszki. To był fundusz awaryjny. Na chorobę Malutkiego, na niespodziewany wyjazd czy większy wydatek typu naprawa komputera.

Na wspomniany fotelik zbierałam trzy miesiące. Wiedziałam wcześniej, że będzie niebawem potrzebny. Brałam więc tyle zleceń (wówczas groszowych), ile dałam radę udźwignąć i przerobić, odkładałam każdy grosz z nich i na fotelik nazbierałam. Zrezygnowałam wówczas nawet z nowego płaszcza, całą zimę śmigałam w przejściowym. Można? Można! Więc teraz, z perspektywy czasu, jestem przekonana co do jednego: nie trzeba wiele by zacząć odkładać na swoje marzenia. Zaczynałam od tej stówki miesięcznie, teraz razem z B. potrafimy jednego miesiąca odłożyć połowę wartości naszego samochodu, jeśli się postaramy. 

Mając swój cel i chcąc go zrealizować – warto rezygnować z drobnych przyjemności. O wiele większą sprawi nam przybliżenie się do celu. Dzisiaj to kolejny obiad na mieście, w perspektywie roku i jednym takim obiedzie tygodniowo – to jakaś ilość metrów kwadratowych działki pod dom na przykład. 🙂 

6 Responses

  1. A ja podziwiam Was coraz bardziej! Dajecie jakieś korepetycje z życia? Bo chętnie przyjmę! Trzymam kciuki za działkę!

  2. Uświadomiłam sobie właśnie, że wizyty w ciucholandach, pepco i innych kikach przy każdym niemal spacerze – to ZŁO!
    Dzięki, dzięki, dzięki!!! :*

  3. Kurczę ale szkoda że takich rzeczy nie uczą w szkołach. Wielu pseudodorosłych produkujących dzieci i łapiących wszelkie socjale, może byłoby trochę bardziej przygotowanych do życia….

  4. O właśnie, powyżej koleżanka wspomniała o Pepco, Kikach i innych szmateksach, które niby tanie, a pożerają całkiem sporo- bo w efekcie często do nich chodzimy. Ja mam straszny problem z oszczędzaniem, nie umiem, choć ciągle próbuję :/ teraz już nawet z fejsowej grupy Hity z gazetek się wypisałam, żeby nie kusić 😛 Ale, cholera, uprę się, bo ja też chcę ten dom i ten taras 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to Top