A Ty? Lubisz to samo, co lubi Twoje dziecko?

Tekst ten powstał w zasadzie na życzenie – czy też sugestię – czytelniczki, po jednym z naszych fejsbukowych postów. W zasadzie ani post ani sam temat, nie były zamierzone. Wszystko wyszło dość spontanicznie: ot, chciałam przytoczyć zabawną historyjkę z naszej codzienności, ktoś dostrzegł w tym istotny temat, zastanowiłam się nad nim i rzeczywiście – warto o tym powiedzieć, napisać. Bo ilu rodziców rozróżnia swoje zainteresowania i sympatie od… zainteresowań i sympatii swoich dzieci?

Przekopałam się przez dziesiątki postów w fejsbukowych grupach, poczytałam tu i ówdzie, poobserwowałam różne sytuacje i rekacje. Gdy już miałam trochę materiału, zebrałam to w całość i wnioski – no cóż – są niestety dość smutne.

***

Zacznijmy może jednak od początku, czyli od wspomnianego postu na naszym fanpejdżu:

#takasytuacjaCzasami jednak trudno się jeszcze dogadać z Małym Człowiekiem: Stoję w kuchni, zmywam naczynia…

Opublikowany przez mama-sama.pl 1 sierpnia 2017

***

Kurczę, chciałam pokazać tylko, jak zabawnie miewamy na co dzień z małym artystą. A ktoś dostrzegł coś, czego my nie zauważamy – z prostego powodu. Bo dla nas to coś absolutnie naturalnego. A co takiego? Nie gasimy w Małym Człowieku upodobania do muzykowania i tańców, tylko dlatego że niekoniecznie nam się podoba czy – co ważniejsze – powszechnie uważane to jest za… kit i żenadę. I nawet nie będę rozwodzić się nad tym, ile to dzieci zna piosenki disco-polo na pamięć. Przypomina mi się od razu anegdotka zasłyszana od znajomej przedszkolanki:

Był balik karnawałowy, dzieci koniecznie chciały jakąś tam piosenkę disco-polo, doskonale ją znały. Ciocie wyszukały, puściły, dzieciaki szalały do upadłego. Rodzice je odbierający – byli pełni oburzenia! Jak to tak? Disco-polo w przedszkolu?! Ciocie tylko zasugerowały, że dzieci widocznie skądś znały tą piosenkę, skoro o nią poprosiły. Rodzicom argumentów zabrakło.

Wracając do tematu – odpowiedziałam wówczas na komentarz pod postem tak: Nigdy tego nie pojmowałam. Może dlatego, że sama poniekąd byłam gaszona lata temu. Dopóki Jego decyzje czy wybory nie będą po prostu złe (nie sprzeczne z naszymi ale naprawdę z jakichś względów ZŁE) – nie będziemy Jemu nic odbierać czy zabraniać. Nie powiem: gdy pracuję w domu, przy tym miewam migreny – niezwykle irytującym jest takie granie na tym keybordzie od powiedzmy 7 rano bo i tak się zdarza. Ale piękne też jest wspólne uczenie prostych melodyjek (najpierw sami wyszukujemy nuty by się nauczyć, później pokazujemy Jemu) i takie wygrywanie “Była sobie żabka mała” we troje to może nie super poziom ale super zabawa 😉 Nie będzie chciał klawiszy to je odłożymy i tyle, póki chce to niech sobie gra, śpiewa, tańczy. 

Proste, prawda? Powinniśmy wspierać nasze pociechy w ich pasjach i zainteresowaniach. Wiem, że nasz Mały Człowiek ma dopiero trzy lata. I nie do końca zdaje sobie sprawę, czym chciałby się w przyszłości zajmować. 😉 Jednak zdążyłam już poznać te zabawy czy zajęcia, które pochłaniają Go bez reszty oraz te, na których oka nie zawiesi. Wszelkiej maści puzzle, książeczki, klocki – kocha całym sercem, potrafi skupić się na tym na długi czas. Autka, kolejka chętnie ale z doskoku, często leżą długi czas zapomniane. Od ponad pół roku na topie są zdecydowanie… instrumenty!

Zaczęło się całkiem niewinnie. Byliśmy u Dziadków, Mały Człowiek spał całą drogę do nich – gdy dojechaliśmy, był pełen energii. Na miejscu oglądali jakiś festiwal muzyki tanecznej. Gdy na scenę wszedł Marcin z Boys, Mały Człowiek wyskoczył na środek salonu, chwycił śrubokręt-zabawkę, trzymając go sobie przy buzi (mikrofon) a paluszkami waląc w stolik (keybord). Płynnie naśladował ruchy tancerzy, bujał się w rytm muzyki, śpiewał razem z nimi (dość po swojemu ale jednak). Prześpiewał i przetańczył sporą część koncertu, brat B. siedział i nagrywał, nie mogliśmy się napatrzeć i nadziwić, skąd w takim maluchu tyle energii, słuchu, wyczucia rytmu, mimiki i wszystkiego naraz!

Już wcześniej potrafił wskazywać ulubione piosenki podczas podróży, gdy słuchaliśmy wszyscy tego, co puszczali w radio emitującym tylko polskie piosenki. Zarówno te disco-polo, jak i nie-disco-polo. Były przejściowe fascynacje konkretnymi piosenkami, są stali ulubieńcy (oczywiście Zenek M., Weekend, Boys, After Party a od niedawna Defis i Playboys). Ulubione piosenki umie zanucić bez podkładu, wytłumaczyć o jaką Jemu chodzi. Wyklaskać czy wytupać też potrafi. Dlatego oczywiste dla nas było i jest… pozwalanie Jemu na to.

Jedyne czego nie chcemy – to wpatrywanie się w te wszystkie teledyski, jak wiadomo te bywają różne. Dlatego korzystamy z opcji nagrywania na dekoder i jeśli tylko leci jakiś koncert czy festiwal, nagrywamy go by później puszczać jemu fragmenty. Muzycy na scenie to niegroźne widoki. 😉

Przechodząc do sedna: to nie nam ma podobać się to, co uwielbia nasze dziecko. My mamy je za rączkę poprowadzić, ewentualnie stać z boku i wspierać. Na pewno łatwiejsze jest to przy trzylatku niż przy trzynastolatku – jednak od czegoś trzeba zacząć. Absurdem byłoby zakazywanie dziecku tego, co ono lubi i potrafi, tylko dlatego że ktoś gdzieś uznał to za wstydliwe. Również absurdem byłoby zakazywanie dziecku czegoś, co nam się nie podoba. Jeszcze większym – zmuszanie do czegoś, co my uważamy za lepsze.

Gdy Mały Człowiek był jeszcze Malutki, uwielbiałam usypiać Go, trzymając na rękach i bujając się do Czerwonych Gitar albo do Enrique Iglesiasa. On też to wtedy lubił, po 2-3 piosenkach błogo zasypiał wtulony “na żabkę”. Gdy rósł, uczył się komunikować różne potrzeby i emocje, z czasem zaczął mówić – pojawiało się i już regularnie pojawia zdecydowane NIE na melodie, które Jemu nie odpowiadają. Potrafi przesiedzieć i przeczekać niechcianą piosenkę z koncertu. Po prostu. Czy rozpaczam, że nie lubi czerwonych Gitar? Nie, nie rozpaczam. To żaden dramat.

Jakiś miesiąc temu Mały Człowiek dostał w prezencie keybord. Bliscy zapytali nas, co mogą Jemu podarować – nie mieli pomysłu. Zainspirowało ich Jego zamiłowanie do muzykowania i… zamieszkał z nami instrument. Mamy teraz cymbałki (drewniane), perkusję (zrobioną z wiaderek i pałeczki do cymbałek) oraz keybord. Nie taki zabawkowy, taki zdecydowanie dla starszaka. Ma ponad sto gotowych podkładów, mnóstwo opcji i można na nim wygrywać melodie jak na prawdziwym. Owszem – trochę popłynęli z pomysłem, my mieliśmy na uwadze nieco bardziej zabawkową wersję.

Ale… ten został przyjęty z ogromnym zachwytem! Stoi na honorowym miejscu w pokoiku, zajmując niemal cały blat biurka, ewentualnie pół podłogi w tipi. Mały Człowiek wygrywa na nim melodyjki, czasami po kilka godzin dziennie. Czasami mam tego naprawdę dość, głowa dosłownie pęka ale przytakuję, podziwiam, tłumaczę, słucham. Czasem tylko jednym uchem ale… słucham.

***

Bo po to jesteśmy. By wspierać nasze dzieci w ich wyborach. Tych najmniejszych i tych największych. Wspieranie trzylatka w jego zapale do brzdękania w klawisze – to niezły trening przed tym, co nas czeka za lat kilka. Jesteśmy po to by reagować na potrzeby dziecka, rozsądnie wspierać jego rozwój, popychać do świadomych wyborów, nie wyśmiewać, nie naciskać, nie zmuszać do niczego wbrew jemu. Dopóki oczywiście mówimy o tym, co dziecka nie krzywdzi, nie krzywdzi też nikogo z otoczenia i nie jest niewłaściwe dla jego rozwoju. Stójmy z boku i patrzmy na szczęście i poczucie spełnienia naszych dzieci, czując przeogromną dumę i radość. Po prostu! 

4 Responses

  1. I bardzo dobrze. Dziecko powinno się rozwijać w stronę która jemu odpowiada. Oczywiście jeśli nie mówimy o czymś destrukcyjnym. Brawo Wy!

  2. Szkoda, że tak mało jest podobnych rodziców. Albo wtykają dzieciakom smartfony i tablety w rękę by mieć spokój a później tłumaczą że nie chcą wychowywać z dala od technologii albo przelewają na nie swoje ambicje i na siłę zmuszają do tego czy czegoś innego.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to Top