Z garderoby młodej mamy: sukienki na wychodne i nie tylko!

W życiu każdej matki przychodzi taki dzień, w którym ma… wychodne! U jednych zdarza się to częściej – sama znam przypadki, gdzie średnio co trzeci dzień znajomi rodzice oznajmiają na Insta, że wieczorem wychodzą, Dzieć zostaje z babcią. U innych – jak na przykład u nas, to rzadziej spotykane zjawisko. No powiedzmy – raz na kwartał! I chociaż staramy się wyciskać randki z każdej możliwej sytuacji – nie ma ich szokująco wiele. 😉

Opracowaliśmy strategię randek w domu. Mały Człowiek zasypia a my jemy kolację, rozmawiamy, potańczymy do telewizora i Zenka M., koncertującego gdzieś tam albo porobimy coś innego, na co pozwala nam kilkanaście metrów kwadratowych salonokuchni, zasoby lodówki, ewentualnie restauracji z dowozem do domu. Stroić się na takie cowieczorne spotkania nie mamy zamiaru. Dresy czy też piżama – w zupełności wystarczają. Co innego w przypadku wyjścia w miasto! A i takie się nam przytrafiają!

***

Wyjścia na miasto u nas dzielą się na trzy kategorie: wyjście solo (jedno wychodzi ze znajomymi, drugie zostaje z Małym Człowiekiem), wyjście we troje (np. do restauracji przyjaznej dzieciom, oprócz posiłku we troje mamy czas we dwoje na deser i kawę, gdy Mały Człowiek siedzi i bawi się w części dla dzieci) oraz wyjścia we dwoje (najrzadziej spotykane – zazwyczaj w czasie, gdy mamy coś ważnego do załatwienia a Mały Człowiek jest u którychś Dziadków). Zdarzają mi się też ostatnio wychodne z Małym Człowiekiem i przyjaciółką w ciągu dnia, gdy B. jest w pracy. Ale po kolei!

Kiedyś – bardzo błędnie – myślałam, że by wyglądać dobrze, czasem trzeba się poświęcić i czuć niewygodę. Kilka lat temu przejrzałam na oczy, wszystko co niewygodne wywaliłam z szafy i życia a w zamian zaczęłam szukać kompromisu. Wygodna elegancja to nie jest nic nieosiągalnego, jak się okazało niedługo później. I okazuje nadal. Bo chociaż na co dzień częściej noszę sukienki niż spodnie – zawsze, absolutnie zawsze, czuję się w pełni komfortowo. Grunt to odpowiedni wybór – chociażby takiej sukienki.

A gdy mowa o wychodnym – warto wtedy sukienkę przyodziać. Od razu przypomina mi się moje pierwsze babskie wychodne od kilku miesięcy, co prawda z Małym Człowiekiem u boku – ale jednak było! Poszłyśmy z przyjaciółką do pobliskiej klubokawiarni dla rodziców i dzieci. Siedziałyśmy, gadałyśmy, jadłyśmy. Mały Człowiek szalał w bawialni, raz po raz przybiegając po kolejny kęs swojej porcji. Aż w końcu padło: kobieto, dlaczego Ty jesteś w spodniach? Mając takie piękne nogi?! Fakt, tego dnia miałam cygaretki i basicowy t-shirt. Jakoś nie miałam nastroju na nic innego, tłumaczyłam to zmęczeniem. Ale rzeczywiście – w lekkiej sukience z pewnością byłoby mi wygodniej.

To tylko epizod, jednak dający do myślenia. Często w roli matki zapominamy o swojej kobiecości, przyklejamy się do jednego “wychodnego” zestawu ubrań i tak chodzimy. I chociaż sama trąbię o tym, że matka to też kobieta – niekiedy zdarza mi się sięgnąć po coś, w czym może i czuję się wygodnie, może i dobrze wyglądam, ale co można by w ten dzień zastąpić czymś zdecydowanie bardziej… kolorowym!

Wielu wydaje się, że w mojej szafie to tylko czerń, szarość i granat. A nieprawda! Bo uwielbiam chociażby błękity, których wcześniej nie doceniałam (pisałam o tym tutaj ➡ klik!). Chętnie też sięgam po pudrowy róż w postaci cudownej sukienki, jaka niedawno trafiła do mojej szafy. Czerwienią też nie pogardzę, pisałam już przecież, że mała czerwona to must have ➡ 30 ubrań, które w zupełności wystarczą każdej kobiecie.

Dlatego też pokażę Wam trzy sukienki, które odkryłam całkiem niedawno a które są kwintesencją tego, czego wśród tych moich ołówkowych, ewentualnie trapezowych kiecek – po prostu brakowało. Bo są zupełnie inne niż te, które miałam w szafie. A co lepsze – ani trochę nie odbiegają od uwielbianej przeze mnie klasyki. 🙂

***

Odkrycie nr 1: mała czerwona inaczej

Moja dotychczasowa mała czerwona liczyła sobie jakieś… siedem lat. Dacie wiarę? Na dodatek kupiona kiedyś za bezcen, w jakimś maleńkim butiku, noszona przeze mnie do czasu ciąży notorycznie – bo i do pracy, i na egzaminy, latem do sandałek, zimą pod sweter. Kochałam ją całym sercem. Najlepiej zainwestowane pięćdziesiąt złotych w moim szafowym życiu. Ale jej czasy świetności niestety minęły, wraz z wiosennymi czystkami w garderobie przy eksperymencie #30ubrań – po prostu się jej pozbyłam. Marnej pozostałości tego, czym kiedyś była. A następczyni nie znalazłam. Niestety.

Do czasu. Całkiem niedawno – z pewnych względów – szukałam wszystkiego, co bordowe. I z czasem z wzajemnością w tym kolorze się zakochałam. Próbowałam już bordo koloru na paznokciach, bordo szpilek, bordo kwiatów (o tym będzie jesienią trochę więcej!) ale nie miałam nic bordo z ubrań. Aż trafiłam do Freeshion i zobaczyłam… bordową dresową sukienkę. Dopadły mnie wątpliwości. Ale jak to? Dresowa mała czerwona? Bordowa mała czerwona? I ta kokarda… Same niuanse! Nic, czego wcześniej bym próbowała. Czekałam na paczkę, w końcu trafiła pod moje drzwi. Przymierzyłam. Oh!

Wygodna jak piżamka. Dopasowana niczym szyta na miarę. Kieszenie na tyle niewidoczne i pojemne zarazem, że jest rozwiązaniem idealnym do pracy – karta dostępu i telefon nie muszą być trzymane w ręce, gdy chcę przemierzać biuro. I ten kolor… Ojej!

Pierwsze wystąpienie miała właśnie do pracy. Później swoją premierę w wersji randkowej zaliczyła, gdy wychodziliśmy tylko we dwoje załatwiać sprawy urzędowe i zjeść spokojny obiad. Aktualnie zastanawiam się nad włożeniem jej na jedno z późnojesiennych przyjęć weselnych, w duecie z beżową kopertówką (Brilu). A co najważniejsze- puste miejsce w szafie po małej czerwonej zostało godnie zastąpione! 

 sukienka ➡ Freeshion

kopertówka ➡ brilu.pl

czarne klasyczne szpilki ➡ renee.pl

***

Odkrycie nr 2: rozkloszowana sukienka w kwiaty

Tutaj wątpliwości było jeszcze więcej. W szafie brakowało mi wzorzystej sukienki. Wszystkie gładkie, wyjątek stanowi granatowa w kropki z H&M, ukochana i niezastąpiona jesienią i zimą. Co się namarudziłam B. po jej przymierzeniu, to głowa mała! Bo dekolt za duży, bo za krótka, bo zbyt krzykliwa, bo to, bo tamto. I tak w kółko. Trafiła do szafy. Przyszło kilka chłodniejszych dni, włożyłam ją do ciepłego kardiganu i trampek. I… odkryłam jej urok!

Po powrocie ze spaceru tak ubrana, zostałam zaatakowana przez B. Się facet uczepił, żebym włożyła do niej szpilki – chciał mi udowodnić, że nada się na sierpniowe wesele. Przymierzyłam. Napstrykał mi zdjęć, żeby Wam to pokazać. I chociaż czułam się średnio pewnie – i On, i przyjaciółki – pieli z zachwytu! Postanowiłam więc rozważyć założenie jej na wspomniane przyjęcie weselne. Dopasuję tylko inne, niższe szpilki i narzutkę z mojej szafy – co by ją trochę uskromnić. Bo wygody akurat odmówić jej nie można!

 

czarne klasyczne szpilki ➡ renee.pl

sukienka L’arette

***

Odkrycie nr 3: pudrowa sukienka z falbankami

Po otwarciu (ślicznego!) pudełka od Belladonna Fashion oczarował mnie kolor sukienki. W różu akurat nie miałam dotąd nic. Wątpiłam trochę, czy falbanki na ramionach nie będą za bardzo odstawać. Po przymierzeniu sukienki okazało się jednak, że wątpliwości były zupełnie zbędne – sukienka układa się rewelacyjnie! Jest dość krótka, to fason raczej mini. Jednak ma w sobie coś tak dziewczęcego, że czuję się w niej zupełnie inaczej niż w jakiejkolwiek innej.

Mierzyłam ją do szpilek ale z balerinami wydaje mi się być bardziej odpowiednia. Co kto lubi, co kto woli. 🙂 Suwak na plecach nie tylko ułatwia wkładanie ale też po prostu ładnie się prezentuje, materiał nie gniecie się, np. przy siadaniu. W praniu nic się z nią nie dzieje, jest i wygodna, i dobrej jakości, i zwyczajnie ładna. Obok innej – błękitnej, zajęła miejsce w mojej szafie jako pastelowe przełamanie wszelkiej maści szarości.

 sukienka ➡ Belladonna Fashion

***

W każdym z trzech powyższych przypadków – miałam wątpliwości, czy te sukienki będą do mnie pasować, czy będę je nosić i najważniejsze – czy będę czuć się komfortowo. Potrzebowałam czasu i znalezienia własnego sposobu na każdą z nich. Warto się przełamywać, sięgać po coś nowego i nie trzymać się kurczowo jednego koloru czy fasonu. Naprawdę warto! B. na każdym kroku mi powtarza, że nie samą szarością i czernią człowiek żyje, sukcesywnie namawiając mnie do kolejnych eksperymentów z kolorami. Jak widać – warto go posłuchać!

Która najbardziej Wam się spodobała? 🙂

mama-sama

6 Comments

  1. Jezuniu, oczywiście że czerwona! Chociaż pudrowa też cudownie na Tobie leży, chyba się na czerwoną jednak skuszę. Znajdę tylko powód ??

  2. Wszystkie trzy świetne. Może dlatego że ladnemu we wszystkim ładnie. 😛 masz super figurę i nogi piękne! Aż trochę zazdroszczę…

  3. W każdej wyglądasz bardzo korzystnie ale z Twoją sylwetką trudno by było inaczej. 😉

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *