Dlaczego wiele matek nie karmi piersią?

Od pierwszego do siódmego sierpnia trwa Tydzień Promocji Karmienia Piersią. Od tych kilku dni mam wrażenie, jakby nie samo karmienie ale… piersi – były dosłownie wszędzie! Instamatki i Nieinstamatki pokazują światu swoje KP, chwaląc się przy tym czasem, jaki już to praktykują. Okej. Idźmy dalej. Wszędzie więc od kilku dni przewijają się: matki karmiące, laktacja, mleko matki, mleko modyfikowane fuj fuj! Okej. Idźmy jeszcze dalej.

Już w ciąży matki są dosłownie zgniatane z każdej możliwej strony stwierdzeniami typu: mleko matki jest najlepszym, co dziecku można dać! Karmienie piersią to najpiękniejsza strona macierzyństwa! To naturalne! I tak dalej i dalej. Gdzieś w tym wszystkim zapomina się o tych kobietach, o tych matkach, które… nie karmią. Nie z własnej fanaberii – tylko z jakichś powodów, ważnych i trudnych niekiedy. Co z nimi…?

***

Migawka ze szpitala: kilkanaście minut po porodzie partner wypraszany na zewnątrz “bo szycie”, kontakt skóra do skóry trwający chwilę, króciuteńką. Dziecko zabierane do ważenia, mierzenia a później od razu ubierane. Po dwóch godzinach na sali poporodowej, na którą dziecko przywożą gdzieś w połowie tego czasu – zmiana oddziału. Nieudolne próby przystawienia dziecka do piersi, położne rzucają tylko: bo pani nie ma sił, bo pani nie ma pokarmu. Czekają na zlecenie lekarza by podać mieszankę. Inny lekarz zleca transfuzję krwi. Na kilka godzin kontakt ze światem jest jakby utrudniony, zamglony. Sił jakby zaczyna brakować zupełnie.

Dziecko płacze, sąsiadka z łóżka obok je przewija, prosi położną o reakcję. Ta twierdzi, że nie ma zlecenia dokarmiania a matka karmić “w tym stanie nie może”. Wieczorem pojawia się zlecenie, dziecko dokarmione, śpi sobie spokojniutko. Następnego dnia – tak, następnego! – pojawia się położna laktacyjna. Pouciskała, pomacała, po czym stwierdziła: pokarmu nie ma, dziecko musi być karmione butelką.

Nasza historia. Naszej laktacji. A w zasadzie jej braku. Podobno. Cztery dni spędzone w szpitalu i dokarmianie. Zero wsparcia mimo próśb (“Pani karmić nie da rady!”), samodzielne próby kończyły się niczym. Chociaż nie. Nie niczym. Coraz większym żalem i poczuciem beznadziei. Nawet nikomu o tym nie mówiłam. Bliscy tak bardzo naciskali, dopytywali. Jakby oczywiste było to, że karmię. Wiedział tylko On. Ale nie wnikał, nie wspierał, nie interesował się. W chwilach trudnych powtarzał jeszcze: Co z ciebie za matka, skoro karmisz butelką?! Ukrywaliśmy to. Przy odwiedzinach u rodziny, na czas karmienia udawaliśmy się na górę, do zamkniętej sypialni. Mieliśmy przygotowane wszystko do zrobienia mieszanki. Obiad dostawałam inny, gotowane warzywka, itede, itepe. Nie miałam sił tłumaczyć, że dieta matki karmiącej to tylko pokutujący wciąż mit. Było mi obojętne. Wszystko było mi obojętne.

Dopiero, gdy zostaliśmy tylko we dwoje, gdy miałam więcej czasu i sił by czytać. Gdy zaczęłam pisać bloga i poznawać historie innych kobiet – uświadomiłam sobie, że zabrakło mi po prostu kogoś, kto by mi w tej drodze pomógł. I być może nie musiałabym zmieniać mleka modyfikowanego co kilka miesięcy, tak jak to robiliśmy. Bo jedno było takie, inne siakie a kolejne owakie. Każde z czasem przestawało odpowiadać.

Przechodząc do sedna – tyle się mówi o karmieniu piersią! Ale… gdzie jest tak naprawdę pomoc w tej laktacji?

O pomoc jest po prostu trudno. Nie oszukujmy się – tak po prostu jest. Trudno o dobrą położną, która poprowadzi przez te pierwsze trudne momenty. Trudno o wiedzę, wciąż pokutują mity, które nie mają racji bytu. Co gorsza: te mity powiela nierzadko personel medyczny! Od położnej można usłyszeć, że pokarmu brak bo sobie pomaca, pościska i dziwi się, że nie trysnęło jej w twarz! Od położnej można usłyszeć o ścisłej diecie matki karmiącej, która nie istnieje! Od położnej można usłyszeć, że dokarmiać trzeba – bo innej opcji nie ma! I gdzie tutaj mowa o jakimkolwiek wsparciu?

Owszem, zdarza się personel naprawdę wykwalifikowany i co ważniejsze – z sercem. Jednak nadal jest o to bardzo trudno. Trudno jest również o wsparcie bliskich, czasami tych dosłownie najbliższych. Matka nierzadko pozostaje ze wszystkim sama, samiuteńka a wtedy nic nie idzie tak, jak powinno. Tyle się mówi, że laktacja jest w głowie. Że podejście, że próby, że starania. Każda kobieta jest inna. Jedna potrzebuje tego wsparcia więcej, inna mniej. Nie powinno to jednak zmieniać faktu, że wspierać trzeba.

Trzeba mówić, krzyczeć głośno: karmienie piersią można odczarować, można matkom pomóc i wspierać! I to naprawdę wiele da! Nie sztuką jest piętnować te karmiące mieszanką. Sztuką jest postawić się na ich miejscu, wejść w ich buty i spróbować poczuć to, co prawdopodobnie one czują.

Są matki, które nie chcą karmić. Mimo ilości pokarmu, świadomie decydują się przestawić dziecko na mleko modyfikowane. Okej. Ale są też takie, które z bólem serca je podają. Takie, które czują się zwyczajnie gorsze od tych karmiących naturalnie (bo otoczenie, bo media, bo nagonki, bo laktacyjny terror szerzący się tu i ówdzie). Takie, którym trzeba było w pewnym momencie pomóc. A skoro już tej pomocy nie było, chociaż wesprzeć i przekonać, że są dobrymi matkami – niezależnie, co dziecko zjada. Bo taka jest prawda! Dziecko karmione miłością to nie tylko to, które jest karmione piersią. Maluszki ssące mleczko z butelki również są przez swoje mamy kochane. To nierzadko dla ich dobra taka mama podaje to mleko…

Dlatego powinno się – to tylko moje skromne zdanie – promować karmienie piersią w sposób nieco inny. Edukując, zapewniając świeżo upieczonym matkom przede wszystkim ogrom wsparcia. Wiedza to podstawa. Ale wiedza nie tylko o pokarmie, karmieniach czy diecie – również o mleku modyfikowanym! Bo o tym nie mówi się, nie pisze – w zasadzie nic. Kiedy matka staje przed koniecznością dokarmiania, nikt jej nie pomaga w wyborze mleka. Nie wie nawet, czym się kierować przy wyborze. Idzie do sklepu i przeczesuje półki z różnymi mieszankami. Ten i wiele innych tematów powinny być poruszane. A nie jest! Nie powielajmy mitów, nie dzielmy matek na te lepszego i gorszego sortu. Rozmawiajmy, wspierajmy i edukujmy. Tylko tyle i aż tyle! 

PS Długi czas czułam się gorsza, podając butelkę. Obiecałam sobie jednak w pewnym momencie odczarować doświadczenia przy drugim dziecku i spróbować ponownie, tym razem właściwie. I tego życzę innym mamom w podobnej sytuacji!

mama-sama

5 Comments

  1. Od kilku dni mam wrażenie że wszystkie matki w sieci wzięły sobie za cel pokazać że karmią. O matkach butelkowych rzeczywiście nikt nie wspomina… Smutne to wszystko.

  2. Ja karmilam obu synów , jednego 2 lata i 8 miesięcy A drugiego 3 lata bez trzech tygodni. Po prostu się udalo ale nigdy nie potepialam karmienia butelką ☺

  3. Współczuję Ci Twoich doświadczeń. Moja droga była bardzo trudna i wyboista, ale po miesiącu walki się udało. Zawdzięczam to sobie i mężowi, który dzielnie mi towarzyszył. Obecnie karmię 3 dziecko, jestem po 3 cesarce i trzeci raz w szpitalu przeżyłam bardzo nerwowe chwile z powodu (“jeszcze”) braku mleka. Mimo doświadczenia i tak bardzo przejmowałam się naciskami ze strony pani dr, która swoimi poglądami i podejściem pokazywała braki w swojej wiedzy na temat laktacji. Grunt to doświadczone położne.

  4. Ja cieszę się, że ten tydzień powoli mija bo miałam już dość tego terroru laktacyjnego… W samo sedno napisane kochana!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *