Bo bloger wszystko dostaje za darmo!

Wciąż pokutuje przekonanie, że bloger dostaje wszystko – absolutnie wszystko! – za darmo. Bo jest blogerem. I tyle w temacie. Jak się ludziom próbuje wytłumaczyć, że to wynagrodzenie za pracę, i tak wszystko sprowadza się do stwierdzenia: ale za to nie zapłaciłeś/aś! I bądź tu mądry, człowieku – i weź tu walcz z takimi argumentami. Na dodatek to walka, w której z góry jesteśmy przegrani bo z uporem maniaka i tak będzie się nam powtarzać, że dostaliśmy to czy tamto ZA DARMO.

***

Zacznijmy od początku. Od moich początków tutaj. Blog pisany na platformie blogowej, zero pomyślunku w kwestii szablonu, Instagrama nie mieliśmy przez długi czas a zdjęć… no cóż – zdjęć ani nie robiłam własnych ani nie korzystałam z żądnych banków zdjęć. Same teksty. Na dodatek – mimo wszystko! – takie, które się szalenie klikały. Wtedy odbierałam to jako mniej więcej coś takiego: Boże, ludzie mnie czytają i wspierają! Teraz wiem, że na to mówimy: tekst się klika jak szalony! 😉

Pamiętam swoją pierwszą współpracę barterową. Pościel dla Małego Człowieka, kocyk, poducha. Spójny, ładny i estetyczny zestaw. Marki, którą znałam z przygotowań wyprawki rok wcześniej.

Firma była zadowolona z wpisów, ja byłam zadowolona bo w zasadzie pisałam o tym, co jest prawdą – Mały Człowiek z ich zestawem się polubił, produkty służyły nam długo, ten konkretny kocyk służy do dziś. Kolejne współprace barterowe się pojawiały, z czasem zaczęłam tworzyć własne pomysły na teksty inspirowane i szukać marek, które chciałyby w moich pomysłach produkty ulokować.

Bo bloger, zwłaszcza na początku swojej drogi, nie siedzi i nie czeka aż firmy czy agencje same się odezwą. Czasami trzeba wysłać kilkaset e-maili z obszerną ofertą by dostać dziesięć odpowiedzi a z tych dziesięciu odpowiedzi wyłuskać dwie współprace. To niekiedy żmudna praca, stukanie w klawiaturę do oporu, aż pojawi się skądkolwiek jakakolwiek odpowiedź.

Później wskakujemy na wyższy poziom i agencje (częściej niż firmy, jak zauważyłam) same zwracają się z ofertami współpracy. Co rano sprawdzam skrzynkę mailową (taki nawyk) i w zasadzie nie ma dnia by nie czekała tam nowa wiadomość czy wiadomości w temacie współpracy właśnie. I tu pojawia się pytanie: jak to możliwe, skoro tekstów inspirowanych u mnie nie ma nazbyt wiele…? Bo nie przyjmuję większości współprac. Proste. Dlaczego? Bo nie współgrają z naszym blogiem.

Wiem, że pieniądz musi się zgadzać ale bloga wciąż traktuję trochę inaczej. Pisząc teksty marketingowe dla swoich klientów – czuję się w tym swobodnie, napiszę wszystko i o wszystkim. Wiem, że później takie teksty trafiają do jakichś tam odbiorców ale… nie znam ich. Praca to praca, piszę, zarabiam i tyle. Na blogu jest inaczej. Piszę tylko o tym, co naprawdę jest nam bliskie albo co naprawdę i szczerze możemy polecić. Nie wyobrażam sobie na ten moment trzaskać tekstu za tekstem, tylko dla zarobku. Bo chcę by nasz blog tworzył spójną całość, każdy – nawet ten płatny! – tekst był odzwierciedleniem naszej codzienności.

Może dlatego wciąż nie utrzymujemy się tylko i wyłącznie z bloga. 😉

Nie potępiam tych, którzy biorą każde blogowe zlecenie bez zastanowienia. Ich podwórko, ich zasady. I tutaj powoli docieramy do najciekawszej części dla wielu: czy zarabiam na blogu? Tak, zarabiam! Czy dostaję coś za darmo? Nie, nie dostaję. Jeżeli dostaję coś w ramach barteru – nie jest to prezent a wynagrodzenie. Za zrobienie i obróbkę zdjęć, za tekst, za udostępnianie go chociażby na Facebooku. Za czynności, które normalnie dana firma musiałaby opłacić. Za czynności, których przecież nie wykonuję charytatywnie (no chyba, że angażuję się w coś właśnie charytatywnie – wtedy i owszem, robię to zupełnie za darmoszkę!).

Więc zanim ktoś zacznie zazdrościć jakiegoś mebla, ubrań czy zabawek Małego Człowieka, które dostaliśmy od firmy X, niech się porządnie zastanowi: ile pracy nas to kosztowało?

Po takich przemyśleniach polecam zadać sobie proste pytanie: zarobię sobie na coś podobnego czy nadal będę zazdrościć? Jest też inne, trzecie wyjście: porzucić jad i wspomnianą zazdrość. Bo kurczę ale… czego w zasadzie tu zazdrościć? Pracy i wynagrodzenia za nią? Przecież to praca jak każda inna! Dla jednych stanowi stałe źródło dochodu, dla innych dodatkowe – jak w naszym przypadku.

Piszemy dla Was, przemycamy niekiedy cenną wiedzę, dzielimy się ciekawymi odkryciami na polskim rynku, pokazujemy co mamy i używamy – bo jest fajne, funkcjonalne czy godne uwagi. Nie zmuszamy nikogo do patrzenia na to, nie zmuszamy do kupowania tego samego. Inspirujemy! Tylko inspirujemy!

Tak już jest, że ludzie uwielbiają – po prostu uwielbiają! – zaglądać innym w portfel. Kiedyś wrzuciłam na Instagram zdjęcie nowego samochodu. I… poszło! Dacie wiarę, że dostałam trzy mejle od trzech różnych osób w tym temacie jeszcze tego samego dnia? Pierwszy do zignorowania, zwyczajny hejter jakich wielu. Drugi brzmiał mniej więcej tak, nieco upraszczając: byłam fajniejsza jako samotna matka a teraz “zmieniam samochody, stroję się w ciuszki i popijam kawkę z ekspresu”. Trzeci nieco łagodniejszy ale podobny. I o kawce z ekspresu nie było. Ludzie, litości! Wy tak serio?

Pomijam już fakt napisania komuś, że był fajniejszy gdy był nieszczęśliwy. Bo nie o emocjach dzisiaj piszę, tylko o pieniądzach. Skupmy się na samochodzie. I tym ekspresie przy okazji. Okej – ktoś zobaczył na Instagramie poranne latte i pozazdrościł. A nie ma czego! Bo wspomniane latte wypłynęło z ekspresu na kapsułki, który kosztował całe… 15 funtów brytyjskich! Czyli jakieś osiemdziesiąt złotych. No i przejściówkę musiałam dokupić. Czyli kolejne pięć złotych. Wspomniane kapsułki to też żaden ogromny wydatek. Jakieś dwie-trzy dyszki za opakowanie. Za dwie kawki w restauracji zapłacimy więcej. Może to nie jest synonim luksusu ale… zarabiamy, pracujemy więc mamy prawo do drobnych przyjemności. I absolutnie nie musimy nikomu się z tego tłumaczyć!

Wróćmy do samochodu. Ktoś zobaczył ładne auto. Bo rzeczywiście wizualnie jest mega zadbany, prezentuje się całkiem nieźle. Ale czego tu zazdrościć?

Tego, że jego poprzednik już ledwo dyszał, potrafił wywinąć numer typu: stanąć i nie odpalić na środku jednego z większych poznańskich skrzyżowań? Albo zepsuć się trzysta kilometrów od domu? Nie zaczęłam z dnia na dzień jeździć najnowszym Porsche albo Mercedesem, tylko dziesięcioletnim Fordem, sprowadzonym z Belgii, na dodatek w połowie sfinansowanym z karty kredytowej. Dalej zazdrościcie? Zwłaszcza tej karty, którą się powoli spłaca?

Niestety samochodu ZA DARMO nikt mi nie dał, a szkoda! 😉

Co jeszcze tak chętnie hejtujecie? Każdy tekst czy zdjęcie, w którym cokolwiek jest oznaczone. Wrzucam fotkę na Instagram, oznaczam marki ubrań – by uniknąć pytaj: a skąd to albo tamto? I od razu dla każdego oczywiste jest, że wszystko dostałam. Za darmo, oczywiście. Nikomu nawet nie przyjdzie do głowy, że jesteśmy normalnymi ludźmi, którzy kupują ubrania czy rzeczy do domu, jak każdy inny. Nie wszystko, co mamy – pochodzi z jakiejś współpracy! A nawet jeśli coś pochodzi, po prostu na to zapracowaliśmy.

I zapracowałam nie tylko jakimś konkretnym wpisem, konkretnymi zdjęciami czy nakładem pracy. Ale całą tą pracą włożoną w bloga od początku. Bo zaczynałam od zera, nie mając nawet pojęcia o możliwościach, jakie miewam teraz. Na blogu w tej chwili jest ponad dwieście tekstów. Zakładając, że każdy to średnio 2-3 godziny pracy i przeliczając to nawet na najniższą stawkę godzinową – kokosów przysłowiowych tu nie ma. Ale tak jak mówiłam – przez pierwsze dwa lata w zasadzie na blogu nie zarabiałam albo dopiero co zaczynałam. Czy te dwa lata są więc zmarnowane? Nie!

Bo przez te dwa lata stworzyłam miejsce, które widzicie w tej chwili. Miejsce, na którym da się zarabiać. Bo nie oszukujmy się ale na tej pierwotnej, prostej i wizualnie nie najlepszej, wersji – zarabiać by się nie dało. Warto było – z perspektywy czasu – przez dwa lata pracować “za darmo”? Oczywiście!

Najprościej jest siedzieć, narzekać, zazdrościć albo… hejtować. Najprościej jest powiedzieć: ta to ma dobrze, dziecko dostaje za darmo zabawki, kocyki czy ubranka. Pomijam już, że nie za darmo – bo nie o to teraz chodzi. Najprościej jest pluć jadem nad klawiaturą. A teraz pytanie do tych hejterów czy nad wyraz ciekawskich właśnie: co Wy dziś zrobiliście by osiągnąć jakieś swoje marzenie? No właśnie! Więc skoro poza hejtowaniem innych, nie robicie nic – nie dziwcie się, że inni coś mają a Wy nie!

A wszystkim tym, którzy ze szczerości serca są z nami – wspierali w momentach trudnych i współweselą się z nami w momentach szczęścia, dziękujemy! Dziękujemy po stokroć i obiecujemy być tutaj dla Was! Jednego możecie być pewni: nigdy nie przeczytacie tutaj o czymś, czego sami byśmy nie chcieli mieć. To się nigdy nie zmieni. Niezależnie od tego, czy na blogu będziemy zarabiać czy też nie. 🙂

***

PS A kto jest z nami od początku? Są tutaj tacy?

mama-sama

19 Comments

  1. Kochana prawda jest taka, że chociażbyś prowadziła wolontariat i sama do niego dokładała to i tak znajdą się ludzie, którzy zarzucą Ci, że jest inaczej!

    Niestety… nie jestem przekonana, czy to się zmieni.
    Na szczęście nie trafiają mi się raczej tacy czytelnicy/obserwatorzy, którzy wytykają mi takie kwestie 🙂

    • Niestety, obawiam się że nie zmieni. Wszystko idzie w zupełnie odwrotnym kierunku…

  2. Ja bym jeszcze dodała, że talent do pisania też się liczy. To warto docenić zamiast zazdrościć 😉

    • Niestety, choćby nie wiadomo jak człowiek się starał – przynajmniej jeden niezadowolony się znajdzie.

  3. Moja droga. Porównaj sobie jakikolwiek profil ze znanych #instamatek ze swoim. Komu uwierzyć? Komuś kto codziennie promuje coś innego i nawet nie wraca do tej samej rzeczy dwa razy? Czy może komuś jak Ty kto pokazuje określone ubranie czy przedmiot cały czas? A Twój pomysł 30 ubrań? Dlaczego żadna blogerka inna nie podjęła wyzwania? Bo nie są w stanie porzucić konsumpcjonizmu. Dostają tony szmatek, pstryknac zdjęcie czy dwa na Insta i w kąt albo na sprzedaż. O wpisie na bloga nie ma co marzyć bo szkoda czasu, kolejne ciuchy czekają… Jesteś najbardziej wiarygodna blogerka, jaką znam. I głowa do góry!!

    A tego Porsche to Ci życzymy z całego serca, zasłużyłas!

    • Ja bym dodała coś jeszcze!!
      Jest masa, cala masa blogerek z dziećmi, które dla przykładu:
      wrzucają zdjęcia jak siedzą z dzieciakami na stole, na kuchennym blacie (notorycznie!)
      wrzucają zdjęcia z wózkiem gdzieś tam na żwirze wypindrzone jak na wesele: szpilki, kiecka, make up i fryz jak z okładki

      a później wciskają kit, że są takie NATURALNE, takie AUTENTYCZNE i takie JAK INNE MATKI.

      a g.wno prawda! co się naszykują do takiego zdjęcia to głowa mała, pozują niczym modelki! obserwowałam jedną matkę z synkiem gdzieś w wieku Waszego. nagle zaczęła robić z siebie pseudo modelkę. tony ciuchów typu sukienki koktajlowe, których zdjęcia robi gdzieś tam na podwórku czy coś. makijaże i fryzury niczym modelki. czy to jest autentyczne? czy wszystkie matki codziennie tak stroją? czy każda matka ma w swojej szafie piętnaście koktajlowych sukien?

      NIE!

      I za to Cię uwielbiam całym sercem. już wcześniej widziałam i czytałam w Tobie naturalną, prostą dziewczynę. a twój cykl #30ubrań tylko to udowadnia. pokazujesz naprawdę to, co promujesz czyli ubrania noszone w sposób uniwersalny, widzimy jedną konkretną spódnicę czy koszulę regularnie i w różnych sytuacjach. Uwielbiam Cię za ten cykl naprawdę! Jesteś chyba jedyną matką blogerką, która sprzedaje pomysły na siebie a nie wpędza w kompleksy bo mamy za mało ciuchów! nie zmieniaj się! nigdy!

      • Dziękuję bardzo za każde pozytywne słowo!
        A cykl #30ubrań to rzeczywiście jeden z ważniejszych dla mnie – cieszę się, że inspiruje więc! <3

  4. Ten tekst w zasadzie jest zbędny bo hejterów trzeba olewać a my czytaliśmy i czytać będziemy! Z niczego nie musisz się tłumaczyć, jesteś naturalna i autentyczna. Daleko ci do sztucznych mamusiek z Instagrama lokujących wszystko, co popadnie.

    • Dziękuję naprawdę, jesteśmy konsekwentni w swoich postanowieniach. 🙂

  5. Ja Cie uwielbialam już taka bez zdjęć i na prostym szablonie. Wtedy powodowalas miliony uczuć. Teraz możemy widzieć detale Waszego życia i to może inspirowac.

  6. Ludziom zawsze będą przeszkadzać. A wiele blogów i kont na Insta to taki fałsz że się odechciewa oglądać.
    U Was tego nie ma kochana!

  7. Instagram to taki fałsz i koncert głupoty, że szok… Odechcialo mi się obserwować wiele kont. Blogerzy niektórzy potrafią jarac się nawet darmowymi lodami, co ostatnio widziałam. Byleby kasa wpadła za zdjęcia. I nie wiem kto gorszy… Tacy sprzedajni blogerzy czy ci zapatrzeni niczym sekta followersi co jaraja się z nimi. Oby więcej takich normalnych i solidnych jak Ty i twoja “mała rodzinka” 😘😘

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *