Trudny temat: gdy Twoje szczęście innym nie odpowiada…

Tyle się mówi o tym, że przyjaciół można poznać w biedzie. Owszem! Trudna sytuacja życiowa to czasami odsiew tych pozornie bliskich, którzy tak naprawdę bliscy nie są. Podobnie jednak – a może nawet gorzej – ma się sprawa życiowych powodzeń, które… również weryfikują znajomości. I to czasami bardzo!

Wspieranie w trudach, poklepywanie po ramieniu, współczucie – to wbrew pozorom, coś prostego. O wiele prostszego niż umiejętność szczerego cieszenia się z czyichś sukcesów i czyjegoś szczęścia. Wtedy trudniej jest wytrwać w szczerej, bezinteresownej relacji. Prawda?

A co, jeśli czyjeś szczęście tak bardzo kuje nas w oczy, że trudno sobie z tym poradzić? Jak żyć? Jak nauczyć się cieszyć z czyichś sukcesów, nie odnotowując aż tak wielu swoich? To możliwe? Oczywiście, że możliwe. Wymaga jednak wielkiej siły.

***

Nigdy nikomu jakoś szczególnie nie zazdrościłam. Czasami patrzyłam na coś i myślałam, że chciałabym mieć podobnie ale później przychodziło mi do głowy, że w zasadzie tego mi do szczęścia wcale nie potrzeba. W innych przypadkach starałam się po prostu dążyć do takowego celu. Jeszcze w innych wzruszałam ramionami i przechodziłam nad tym do porządku dziennego. Nieszczególnie robił na mnie wrażenie czyjś dobrobyt.

Nieco inaczej wszystko odczuwałam, gdy przyszło mi samodzielnie wychowywać Małego Człowieka, zdana tylko na siebie. Wtedy zazdrościłam. I to zazdrościłam bardzo. Ale nic materialnego. Nie przeszkadzało mi aż tak bardzo oszczędzanie na wszystkim, skrajne zmęczenie, niedojadanie, niedosypianie. Z zazdrością patrzyłam na szczęśliwe, pełne rodziny. Na ojców kochających swoje dzieci. Zazdrościłam matkom tych dzieci, że nigdy nie będą musiały odpowiadać na pytanie: gdzie jest mój tata?

Gdy sytuacja się zmieniła i – powiedzmy to na głos! – nie muszę już innym rodzinom tego zazdrościć, spotkałam się z czymś zupełnie odmiennym. To mnie zaczęto poniekąd zazdrościć. Chociaż nie. W zasadzie to chyba nie zazdrość, bardziej zawiść. Taka wiecie… ochotę podcinania nam skrzydeł, za wszelką cenę umniejszania tego naszego szczęścia. Przykre – bo spotykane ze strony tych, co wcześniej tak bardzo dopingowali.

Przykład? O tym, że z kimś się spotykam – wiedziało niewielu. Potrzebowałam przed każdym spotkaniem z B. motywacyjnego kopniaka, żeby na nie pójść. Wydawało mi się, że po nieprzespanej nocy odstraszam wyglądem. Wtedy byłam opierdzielana by wziąć się w garść, podkremować oko, ułożyć włosy i pędzić. Tłumaczyłam się, że nie mam z kim zostawić Małego Człowieka – dobra duszyczka zostawała z nim na dwie godzinki. Doping był ogromny, kciuki zaciskane z całych sił. Kiedy wspólnie zamieszkaliśmy – zaczęły się schody. Najbliżsi zostali i trwają nadal. Ale pojawiło się ze strony innych: nie za szybko, nie za lekkomyślnie, nie za blisko?

Tych “nie za” można wymieniać bez końca, co chwilę jakieś się znajdowało. Ale to tylko ci najbliżsi wiedzieli, ile nieprzespanych nocy, pytań, wątpliwości, przemyśleń – mnie ta decyzja kosztowała. I tak, byłam w stu procentach jej pewna! Wtedy też przykrości zaczęły się na serio.

Teraz masz jeszcze mniej czasu. Gdy byłaś sama – chociaż wieczorem można było z tobą pogadać.

Smutne, prawda? Świadomość, że ktoś miał lepsze samopoczucie i czuł się dowartościowany, gdy ja byłam… sama. To dołujące, nawet bardzo. Jednego dnia słyszymy, jak bardzo ktoś trzyma za nas kciuki a gdy już nam się powiedzie, sprowadza nas na ziemię tak egoistycznymi poniekąd wymówkami.

Co Ty wiesz o życiu, skoro nie jesteś już samotną matką?

To już w sumie niemal cios prosto w serce. Jak to? Czyli to wszystko, czego doświadczyłam – nagle przestało mieć jakiekolwiek znaczenie? To odkopywanie się z dna rozpaczy, walka o każdy kolejny dobry dzień dla mojego dziecka i dla mnie? Te setki nieprzespanych nocy, miliony wylanych łez, dziesiątki upadków i podnoszeń? To wszystko przestało być ważne bo… minęło? A co z doświadczeniem, które z tego wyniosłam? A siła, którą to wszystko we mnie zasiało? A determinacja, której wciąż mi nie brakuje? To wszystko naprawdę stało się niczym?

Pomijam już fakt, że ludzie w związkach nie żyją w jakiejś cholernej sielance. To również codzienność, to również problemy. Gdy w grę wchodzi związek z kobietą mającą dziecko – to przede wszystkim długa droga do stworzenia rodziny przed wielkie R. To docieranie się, poznawanie, przyzwyczajanie do przyjętej już codzienności. A później to normalne życie, zwyczajne rodzicielstwo. To kłótnie o pierdoły, wstawanie w nocy, nadgodziny w pracy, zliczanie budżetu, planowanie urlopu, logistyczne wyzwania w przypadku choroby dziecka i całe mnóstwo przyziemnych spraw. To życie jak każde inne. Pełniejsze bo we dwoje można sobie z tym wszystkim poradzić ale wcześniej – w pojedynkę – też sobie przecież radziłam. Przykre trochę, że jako matka byłam atrakcyjnym towarzyszem a jako matka i czyjaś partnerka, już nie.

To zaledwie dwa przykłady spośród wielu innych, niemniej przykrych. Dlaczego przykrych? Bo naprawdę smutnym jest to, że otoczenie woli nas nieszczęśliwych, żeby na naszej niedoli się dowartościowywać.

Ze strony czytelników bloga również spotkałam się z wieloma nieprzyjemnymi komentarzami czy wiadomościami. Absolutnym hitem u nas w domu chyba była pani, która napisała wprost: >> Przestaję Cię czytać bo co z Ciebie teraz za samotna matka? << Cześć i czołem, szerokiej drogi więc! Zrobiło mi się na moment przykro ale… czym tu się przejmować? To trochę tak, jakby otoczenie samo oczyszczało się z niewłaściwych dla nas ludzi, prawda? Więc odpisałam uprzejmie, wiadomość puściłam w niepamięć, podobnie jak inne jej podobne.

***

To jeden z tych tekstów, na które musi przyjść odpowiedni moment. Czara goryczy musi się przelać, zbyt wiele słów musi paść i… odpowiednia ilość wniosków się nasunąć. Zarówno samodzielne macierzyństwo, jak i teraz szczęście naszej małej rodziny – spowodowały przetasowania w znajomościach. I absolutnie nie żałuję żadnej straty. Wiem, na kogo naprawdę mogę liczyć. Wiem, kto zupełnie szczerze kibicował mi wtedy i kibicuje nam teraz. Mam jasność sytuacji i pewność: to naprawdę ci, którym mogę ufać i którzy są dla mnie ważni z wzajemnością.

W zasadzie dedykuję ten tekst wszystkim tym, którzy są w podobnej sytuacji. Odpuśćcie sobie takie znajomości! Lepiej, lżej, radośniej będzie Wam bez tych, którzy uprzykrzają Wam życie swoją zawiścią. Szkoda czasu, nerwów i zaangażowania w takie relacje! Przybijcie im wysoką piątkę i życzcie szerokiej drogi, powodzenia! 

mama-sama

One Comment

  1. Po części zawsze już będziesz samotną mamą, bo przecież kiedyś nią byłaś, wyniosłaś z tego okresu doświadczenie i wspomnienia. Na życie człowieka składają się wszystkie lata, a nie tylko te najlepsze. I choć dzisiaj jesteś już czyjaś, to nie zawsze tak było. Zawsze już będziesz tą “mamą, która kiedyś pięknie dawała radę sama”. A jeżeli ktoś Coś lubił, bo mógł się na Tobie w jakiś dowartosciować, to utrzymanie z nim kontaktu i tak nie ma żadnego sensu. Rany się goją i przestrzeją boleć, ale zostają po nich blizny, które przypominają nam o tym, że kiedyś byliśmy silni i przeżyliśmy.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *