Jak wygląda życie w trójkącie?

Moje postrzeganie szczęśliwej rodziny tak naprawdę nie zmieniło się nigdy. Już od chwili, gdy dowiedziałam się, że w moim życiu pojawi się Mały Człowiek – wiedziałam, jak taka rodzina powinna wyglądać. Zdawałam sobie doskonale sprawę z tego, że poza sielankowymi obrazkami widywanymi na zdjęciach czy w reklamach, to również ciężka praca. Nieprzespane noce, dylematy, trudy wychowania. Wiedziałam też, że rodzice powinni być przede wszystkimi partnerami, świetnymi współpracownikami w tym zadaniu, jakim to wychowanie jest. Bo powinni!

***

Przez ileś czasu nie zaprzątałam sobie głowy podziałem obowiązków, różnicami zdania w jakiejkolwiek kwestii czy czymkolwiek, co na co dzień dotyczy pełnych rodzin, gdzie jest dwoje rodziców. Ze wszystkim byłam sama i sama też musiałam wszystko ogarniać. Co najwyżej mogłam poradzić się przyjaciół. Bezdzietnych, o ironio! Aż tu nagle przyszło nam żyć we troje. I chociaż pisaliśmy już tutaj o tym, co zaskoczyło w całej tej sytuacji B. ( 10 rzeczy, które zaskoczyły mnie w codzienności z dzieckiem – męskie wyznania 🙂 ) – nie napisałam dotąd chyba nic na temat z perspektywy nas obojga, jako pary, jako partnerów, którzy nagle wspólnie musieli odnaleźć się w sytuacji zupełnie nowej.

Bo przecież tak naprawdę nie miałam okazji współdzielić wychowania Małego Człowieka z kimś poza mną. Bo przecież B. nie planował, że nagle z dnia na dzień – zostanie ojcem i to od razu zbuntowanego dwulatka. Oboje nie spodziewaliśmy się tego, przed czym stanęliśmy. Czy było łatwo? Nie, nie było. I w zasadzie nadal nie jest.

Nie mieliśmy tak naprawdę szans na normalne, niekończące się randkowanie, spontaniczne spotkania i wspólnie spędzany czas. Udało nam się na początku zorganizować tylko kilka spotkań we dwoje, później był to już czas dzielony. Współdzielony z Małym Człowiekiem, śpiącym w swoim pokoju albo towarzyszącym nam, tuż obok. Gdy patrzę na to wszystko z perspektywy czasu – widzę, że ma to dobre i złe strony. Bo niemal od razu, gdy był pewien swoich uczuć i planów, B. wskoczył w naszą codzienność, dając szansę Małemu Człowiekowi na oswojenie się. Ale też nie zdążyliśmy nacieszyć się tym czasem tylko dla nas, który w normalnej sytuacji pary mają. 

A jak to wygląda teraz, gdy zaraz stuknie nam pierwszy rok związku…? Jest ciężko. Po prostu ciężko. W związku z przeprowadzką, Mały Człowiek nie chodzi już do żłobka – dopiero od połowy sierpnia będziemy się adaptować w nowym przedszkolu. Od niedawna wróciłam na pół etatu do biura, cztery godziny dziennie spędzam więc w pracy. B. wraca ze swojej, czekam na niego z obiadem dla nich obu, ja wychodzę a oni do wieczora radzą sobie (doskonale) sami. Wieczorem B. czeka na mnie z kolacją, coś tam obejrzymy, ja trochę popracuję przy komputerze. Kładziemy się spać koło północy, wstajemy przed szóstą. I tak pięć dni w tygodniu. W zasadzie siedem – bo przecież Mały Człowiek c o d z i e n n i e wstaje przed szóstą…

Średnio trzy weekendy miesięcznie mamy wyjazdowe. Służbowo, blogersko, do jednych Dziadków, do drugich Dziadków. Zostaje nam zazwyczaj jeden w miesiącu. Na jakieś zakupy, jeśli coś potrzeba (na przykład do Ikei po dwie ramy na plakaty czy coś podobnego ;)), jakieś wypady typu zoo, park rozrywki, spacery poza miastem. Gdy weekendy są tak naprawdę poza domem – wszelkie większe obowiązki domowe: zmiana zasłon, pościeli, selekcja ubranek Małego Człowieka czy zabawek, muszą przebiegać w tygodniu, w międzyczasie innych spraw. W ten sposób nasza codzienność od jakiegoś czasu to prawdziwa sztafeta – dokładnie przemyślanych i rozpracowanych – obowiązków.

Rano wstawiam pranie. Co drugi dzień, dzięki temu kosz nigdy nie jest przepełniony. Przez cały dzień zapełniamy zmywarkę brudnymi naczyniami, włączamy wieczorem, rano rozpakowuję czyste. Po śniadaniu idę z Małym Człowiekiem na dwór, później szykuję im obiad, trochę sprzątam. Ogarniam się do pracy. Wraca B., obiad na stole, oni siadają do jedzenia a ja pędzę do biura bo tak właściwie – to już jestem pewnie spóźniona. Duże tygodniowe zakupy zamawiamy z dowozem do domu. Pieczywo i owoce kupujemy na bieżąco, na dole mamy piekarnię, po drugiej stronie osiedla targowisko. Można to załatwiać przy okazji spacerów z brzdącem. Wiele spraw można załatwić przy okazji spacerów, wiele w drodze z lub do pracy. Tak naprawdę taka codzienność to ciągłe kombinowanie. Co zrobić przy okazji czegoś innego? Co z czym połączyć? Jak zaplanować to czy tamto?

Każdy schwycony wolny czas wykorzystujemy we troje – czasem po prostu by posiedzieć rozleniwieni w domu, chociaż jedną taką niedzielę na miesiąc czy na dwa. A co z wychodnym…? No cóż. Tak jakby ich nie mamy.

Dziadkowie, jedni i drudzy – oddaleni. Prawie sto pięćdziesiąt i ciut ponad dwieście kilometrów. To spore przeszkody. Wychodne miewamy pojedynczo. B. jakieś dwa miesiące temu wyszedł ze znajomymi do teatru, ja wyruszam czasem na kilkugodzinne spotkanie blogerskie. Oboje wychodzimy do pracy. Nie jesteśmy ze sobą 24 godziny na dobę, nie wiem tylko czy rozłąka na czas pracy to dokładnie to, czego potrzebujemy… Ostatni raz byliśmy na randce 18 maja. Akurat byliśmy u Dziadków (to był okres tuż po naszej przeprowadzce i związanym z nią zamieszaniu), na ten dzień miałam zaplanowaną wizytę u lekarza. Mały Człowiek został z Dziadkami, my ruszyliśmy na Poznań. Na autostradzie tuż przed miastem… korek. Staliśmy i staliśmy. Obawiałam się, że nie zdążymy. Ale zdążyliśmy! Po wizycie w przychodni musieliśmy jeszcze wyskoczyć po coś dla Małego Człowieka. Wstąpiliśmy więc do jednej z mniejszych galerii handlowych, kupiliśmy co trzeba i postanowiliśmy “zaszaleć”, kradnąc dodatkową godzinę tylko dla nas. Usiedliśmy w spokoju wypić kawę i zjeść deser w kawiarni.

Godzinę później byliśmy zaręczeni bo B. nad tymi właśnie deserami (którym chciałam zrobić zdjęcia na Intagram) wyjął mała pudełeczko z pierścionkiem!

No i od tamtej pory nie byliśmy nigdzie sami i nigdzie tylko we dwoje… Poza kilkoma urzędowymi sprawami, gdy z naszym chłopcem została jedna z cioć. W drugi weekend lipca mamy zaplanowany mały maraton podróży. Bo najpierw jedziemy do jednych Dziadków, później do drugich. I w międzyczasie właśnie mamy skorzystać z ich opieki i wyskoczyć gdzieś na kolację we dwoje. Czy się uda? Oby! Dlaczego oby? Bo po prostu, tak najzwyczajniej w świecie, tego p o t r z e b u j e m y.

Bo tak właśnie wygląda życie we troje. My – rodzice i mały chłopczyk, który zajmuje naszą uwagę całodobowo. Wyrywanie pojedynczych chwil dla siebie we dwoje. Bo tak naprawdę nigdy nie mieliśmy się nawzajem tylko dla siebie. Od razu byliśmy we troje. A nie możemy zapominać o tym, że my też jesteśmy ważni. Nie tylko jako rodzice. Nie tylko jako pracownicy w swoich miejscach pracy. Nie tylko jako blogerzy. Jesteśmy ważni jako para, jako narzeczeni – i o tym musimy pamiętać zawsze. Mimo tego szaleństwa, jakim jest nasza codzienność. Mimo tego zmęczenia, które czasami jest wręcz przygniatające. Musimy łapać każdą możliwość, jaka się pojawia – by pielęgnować ten związek i tworzyć wspomnienia również we dwoje. To trudne zadanie ale wykonalne.

mama-sama

6 Comments

  1. Takie miejsca pod ręką, typu piekarnia czy targ z warzywami ułatwiają bardzo życie 🙂
    Twój Pan został rzucony na głęboką wodę, ale…..czasem tak jest lepiej!

  2. Ja z moim M-jak-Mężem NIGDY nie byłam na randce 2osobowej. 40letni kawaler umówił się pewnego dnia (po kilkutygodniowej korespondecji mejlowej) na pierwszą randkę z 3 laskami naraz, po 2 tygodniach była następna, po pół roku wszystkie baby przeprowadziły się do niego na stałe, do mieszkania 35m kwadratowych. Przy naszej sypialni było pomieszczenie kuchniopodobne, do którego dziewczęta dreptały o każdej porze dnia i nocy pić. Po 2 latach pojawił się jeszcze nasz wspólny syn, który na początku spał ciągiem góra 30minut, M-jak-Mąż przeniósł się ze spaniem na materac… Na szczęście wyemigrowaliśmy do świata, w którym mamy duży dom i pracę za którą można normalnie żyć. Nasz synio spał z nami do zeszłego roku. Po piątych urodzinach dopiero uznał się za odpowiednio starego do spania w swoim pokoju. Na obczyźnie nie mamy nikogo, jesteśmy zdani tylko na siebie i jesteśmy z tym faktem bardzo szczęśliwi. Lubimy spędzać wolny czas, z którym się nie przewala, wszycy razem. Super jest pójść w piątkę do restauracji czy choćby McDonalda i pogawędzić, pośmiać się razem z pociechami. Uwielbiamy też nasze wycieczki zarówno te bliższe rowerowe jak i dalsze samochodowe czy pociągowe. Przyzwyczailiśmy się też już, żę gdy tylko próbujemy się przytulić we dwoje, zaraz takie małe coś wpycha się w środek i chcąc nie chcąc tulimy się we troje. Marzy nam się jednak jakaś randka we dwoje. Jesteśmy już razem 8 rok i w sumie pora by była chyba najwyższa 🙂 Dodam, że bywało wiele trudnych chwil, bo każdy chciał mieć mamę tylko dla siebie i wszyscy są zazdrości o pozostałych, z czego najbardziej najmłodszy i – o zgrozo – najstarszy, czyli M-jak-Mąż we własnej osobie. On ma tego pełną świadomość i przyznaje się bez bicia, ale zwyczajnie nad tym nie panuje i czasem były niefajne sytuacje, bo negatywne uczucia po prostu wisiały w powietrzu i nie dało sie tego niezauważyć.

  3. Takie jest życie ☺ ale warto!!! Ja już się przyzwyczaiłam do tego, ze nie ma szans na wyjście i nawet za tym nie tęsknię, codzienne obowiązki, gospodarstwo rolne, ciężko i brakuje sił fizycznych ale nie narzekam. Jeden syn juz idzie na studia, drugi ma trzy latka i trochę mnie odmlodzil i rozruszal 😂 przez 20 lat po ślubie byłam dwa razy na zjeździe klasowym bez męża A razem chodzimy tylko na wesela i takie rodzinne imprezy ☺

  4. Od dawna nie było tu komentarza ode mnie ale tym razem muszę 🙂 Kochana autorko z karykatura człowieka, jakim jest Tamten Człowiek nie zaznalabys nawet tysiecznej części tego co z Twoim B. masz na co dzień. Bo wygląda na to, że to po prostu prawdziwy mężczyzna i ojciec. Taki który nie boi się pieluch, pracy zarobkowej czy jakichkolwiek innych obowiązków dorosłości. Bądźcie razem tak szczęśliwi jak Ty i Twój syn powinniście być dawno. I z niecierpliwością czekam na termin ślubu. Czuję, że nas zaskoczycie. Oby tylko już nie po fakcie!

  5. Na pewno nie jest łatwo, ale przecież warto ☺ ja od początku miałam pomoc, mąż sam kąpie dziecko, ja nie mam wstępu ☺ razem się bawią, spacerują i śmieją w głos. Pranie u mnie również co 2 dni a czasem codziennie robocze ciuchy męża. Zmieniliśmy pracę tak aby być więcej razem i to nam służy. Ciebie podziwiam że dawałś radę sama, naprawdę.

  6. Powiem Ci ze czytam Was od początku ale komentuje chyba pierwszy raz. Pamiętam jak na poprzedniej jeszcze stronie w komentarzach były dwa stronnictwa. Jedni przekonani że wróci do Was tamten gnojek. Drudzy przekonani że poznacie kogoś innego. Przyznaję bez bicia że należałam wtedy do tego pierwszego. Czuję się jakbyście byli mi we dwoje a teraz we troje bliscy mimo że Was nie znam. Bo razem z Tobą musiałam dojrzeć do tego że Wy ułożyć sobie inaczej niż wejściem do tej samej rzeki. Uśmiecham się czytając Twoje aktualne teksty a przy starych wylalam morza łez. Jesteś dzielna, inteligentna i piękna duchowo. Piękna bo w dobie konsumpcjonizmu i social media nie boisz się mówić o tym że można żyć bez selfie i szaf pełnych szmatek i gadżetów. Masz wielka odwagę robić to jako bloger i mam nadzieję że to zostanie kiedyś zauważone i staniesz się kimś jeszcze większym. Powodzenia kochani! A życie w trójkącie? Ja wam życzę życia w czworokącie, obyś zaznala ciąży i wczesnego macierzyństwa w tak piękny i spokojny sposób na jakie zasługujesz!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *