Tego żadna matka nie powie na głos, pomyśli jednak na pewno!

Każda kobieta, zwłaszcza młoda mama – potrzebuje czasami wychodnego. I nikt temu raczej nie przeczy, chociaż niekiedy osobom trzecim niewyobrażalnym wręcz jest to, że szczęśliwa mamusia, która dopiero co powiła swoje dziecię – marzy o tym by je porzucić na godzin kilka i wyjść, jak najdalej od domu. Ewentualnie do własnej łazienki. No dobra. Ewentualnie do własnej sypialni, odespać ile się da. Wróćmy jednak do wychodnego. O ile przyjemniej jest z niego korzystać, gdy możemy ten czas spędzić w miejscu mającym moc kojącą i… upiększającą. Połączenie idealne. Wyobraźmy sobie, że wystarczą zaledwie dwie godzinki w takowym miejscu by wrócić z poczuciem odprężenia, zadbania i dopieszczenia. A cóż to za miejsce? Jest ich sporo, znaleźć je można w zasadzie w każdym mieście – wystarczy dobrze poszukać.

Tak całkiem niedawno pisałam tutaj o poznańskim Instytucie Salamandra. Od tamtej wizyty minęło kilka tygodni, przyszła więc pora na drugi zabieg, sprawdzonego już przeze mnie Mesothermu. Tym razem poza wiedzą teoretyczną, byłam również uzbrojona w doświadczenia poprzedniej wizyty i doskonale wiedziałam, czego się spodziewać. Zamiast sukienki włożyłam więc tym razem biały basicowy t-shirt, dżinsy i granatowe trampki. Włosy upięłam w wysoki koczek, z makijażu zrezygnowałam i ze spokojem ducha pojechałam do Instytutu.

Kto nas obserwuje na Instagramie – ten wie, że pracujemy nad kolejnym dużym projektem, który kilkanaście razy przewyższa rozmachem i nakładem pracy wyzwanie, jakim była przeprowadzka. Do tego dochodzi praca nas obojga, dom, Mały Człowiek, moje studia, masa innych obowiązków i zadań. Doba skróciła nam się w drastyczny sposób, wkradło się zmęczenie, przepracowanie i ta wizyta spadła na mnie w samą porę!

Umówiłam się na dziewiątą rano, dzięki czemu pozostawała mi jeszcze reszta dnia na obowiązki, których w tą sobotę miałam znów co niemiara. Wychodząc z domu, zdążyłam zmoknąć nim doczłapałam się do samochodu bo pogoda postanowiła spłatać całkiem niezłego psikusa i przez noc zwyczajnie się rozpadało, lało i lało bez końca. Nieprzyjemna aura, nawet bardzo!

Na miejscu przemiła recepcjonistka od razu zaproponowała coś do picia, zabrała wilgotną kurtkę i w spokoju czekałam sobie w wygodnym fotelu na kawę. Akurat zdążyłam wypić kawę – bo przyszłam przecież dziesięć minut przed czasem, jeśli nie więcej – i poproszono mnie do gabinetu, tego samego zresztą, co ostatnim razem.

Po ponownym, tym razem nieco krótszym objaśnieniu kilku najistotniejszych kwestii związanych z zabiegiem, pani kosmetolog zostawiła mi jednorazowe pareo bym mogła się przygotować i opuściła gabinet, dając mi chwilkę. Po powrocie zaproponowała kocyk – idealne rozwiązanie w tak ponury i chłodny dzień! Przykryta kocykiem, z zamkniętymi oczami i wsłuchana w kojącą muzykę, cichutko brzmiącą w gabinecie – poddałam się kolejnym etapom zabiegu.

Tym razem o wiele słabiej odczuwałam samo nakłuwanie, może dlatego że wiedziałam, czego się spodziewać. Mikrodermabrazja, od której zaczęłyśmy, odczuwalnie oczyściła skórę i po raz kolejny przekonałam się, jak bardzo różni się od tradycyjnej, z której korzystałam wcześniej.

I tym razem częste pytania o samopoczucie zdecydowanie poprawiały mój komfort w czasie trwania zabiegu, czułam się dopieszczona w stu procentach! Po nałożeniu maski na samym końcu – nastąpił również masaż dłoni, następnie czas z płatkami na oczach i relaksem w ciszy. Muszę przyznać, że poczułam się na tyle błogo by w pewnym momencie… prawie zasnąć! Brzmi być może absurdalnie ale po tak intensywnym czasie, utrzymującym się już przecież dość długo, wystarczyła odrobina odpoczynku chociażby w gabinecie Instytutu by poczuć kojące odprężenie, prowadzące prosto do drzemki. 😉

Na szczęście udało mi się nad tym zapanować, nie zmienia to jednak faktu, że te niespełna dwie godziny na miejscu zastąpiły mi krótki urlop. Naładowałam bateryjki na kilka kolejnych tygodni, mogłam po prostu nic nie robić, podczas gdy to ktoś dbał o mnie i tylko o mnie. Mogłam – ot tak, po prostu – nie myśleć o niczym ponad to, co dzieje się w tej konkretnej chwili.

I teraz, zmierzając już powoli do podsumowania – chcę przypomnieć przede wszystkim słowa, które powtarzam w zasadzie od zawsze. Które najpierw pomagały mi wstawać a następnie znajdować równowagę w macierzyństwie. Szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko. Do czego dążę…? Warto znaleźć moment dla siebie, niezależnie od tego, czy miałoby to być kilkugodzinne wychodne – chociażby jak moja wizyta w Instytucie – czy godzinka we własnej łazience. Tyle się przecież mówi o tym, że szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko. A szczęśliwa matka to przede wszystkim kobieta. Zadbana, zrelaksowana oraz świadoma swojej urody i wartości. Nic dodać, nic ująć. 

I o tym trzeba m ó w i ć! Po narodzinach dziecka przynosi się sterty prezentów dla malucha, nie myśląc o tym by tej sponiewieranej porodem, połogiem i pierwszymi tygodniami czy nawet miesiącami macierzyństwa, podarować cokolwiek. Chociażby godzinę w takim miejscu jak Instytut. By odetchnęła od domu, pieluch, kolek i presji. By złapała odrobinę równowagi między macierzyństwem a nie-macierzyństwem. By odpoczęła. Tak po prostu. Wbrew pozorom nam, matkom – nie potrzeba wcale dwutygodniowych pobytów w SPA by podładować baterie. Czasami naprawdę wystarczy takie króciutkie wychodne by otrzymać więcej niż można by się spodziewać. I być może żadna matka nie powie tego na głos ale tego po prostu każdej z nas potrzeba!

4 Responses

  1. Zgadzam się! Jako mama bardzo cenię sobie chwile tylko dla siebie i wyjścia choć na chwilę bez dzieci. 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to Top