Wszystko w swoim czasie? Nie do końca!

Macierzyństwo niekiedy przybiera formę przedziwnego wyścigu szczurów. I chyba nie tylko ja to zauważam, prawda? Bo już w ciąży się zaczyna! A kopie już? A na co masz ochotę? A chłopiec będzie czy dziewczynka?Jeszcze nie macie łóżeczka? Ale jak to?! I tak dalej i dalej…

Po narodzinach dziecka w zasadzie jest już tylko gorzej. Pierwszy siad, pierwszy ząb, pierwszy kroczek, pierwsza zupka – wszystko to staje się przedmiotem niekontrolowanego wręcz wyścigu świeżo upieczonych rodziców, nakręcanego przez nich samych i ich otoczenie.

***

I później widzimy na fejsbuczku zdjęcia maluszków podpartych niezliczoną ilością poduszek. Ale przecież siedzi! Nieważne, że popodpierane. Siedzi to siedzi. Pierwsze od dzieciaczka sąsiadów! To samo z nocniczkiem. Niedawno widziałam gdzieś zdjęcie, które krąży po internetach a na którym trzymiesięczne dziecko “siedzi” na nocniku, pod zdjęciem podpis wieszczący pierwszą kupkę. Jak – za przeproszeniem – głupia matka posadziła maleństwo na nocniku i tak biedne tam siedziało, to i w końcu zrobiło to, co zrobiłoby w pampersa…

Dlaczego tak się dzieje? Bo tak jak napisałam wyżej – rodzicielstwo w wielu przypadkach równa się wyścigowi. Żyjemy w czasach, gdzie “szybciej” znaczy “lepiej” i przekłada się to też na wychowanie dzieci. Kto pierwszy ten lepszy. Nic dodać nic ująć. I na próżno można tłumaczyć, że dzieci są naprawdę różne, że każde ma swoje tempo rozwoju i postępów. Rodzice często zapominają o tym, że przecież chodzi o żywego małego człowieka a nie robocika, który będzie chodzić, mówić i ząbkować w identycznym czasie jak jego rówieśnik w innej rodzinie.

Ten wyścig jednak w pewnym momencie jakby zwalnia. Gdy już pierwszy siad (ten prawdziwy, nie podpierany) dziecko ma już za sobą. Gdy ząbki się pojawiły, pierwsze kroczki też już były a wszystkie kroki milowe rozwoju zostały pokonane. Dlaczego zwalnia właśnie wtedy? Bo zaczyna się okres, gdy postępy dziecka w dużej mierze zaczynają zależeć od zaangażowania nas – rodziców.

Weźmy dla przykładu takie odpieluchowanie. Dziecku trzeba tłumaczyć, pilnować, trenować, przebierać i sprzątać jak popuści tu i ówdzie. Gdy maluch ma odmaszerować do przedszkola, w którym pieluch nie tolerują – motywacja jakaś jeszcze jest. Gdy jednak pociecha zostaje w domu z mamą – o motywację ociupinkę trudniej. I tu właśnie paradoks. Szybciej odpieluchowują podobno (tak mi wspomniał ostatnio nasz pediatra) te matki, które pracują zawodowo, ogarniając dom i obowiązki służbowe niż te, które pełnią pieczę jedynie nad sprawami okołodomowymi. A powinno być jakby odwrotnie bo więcej czasu oznacza nieco więcej możliwości poświęcania uwagi dziecku. Kiedy zwyczajnie nie chce nam się zająć sprawą nocnikową, odwlekamy to – jakby co najmniej samo miało się rozwiązać – i ostatecznie mamy sytuację typu: dziecko ma lata trzy i nie ma pojęcia o możliwości innej niż siusianie w pieluchę. Niezbyt fajnie. No ale przecież ma jeszcze czas na to by się nauczyć, nie czepiajmy się zanadto!

Weźmy – dla kolejnego przykładu – takie mówienie. Pierwsze słowo i od razu taka duma, takie przechwalanie się! I na pierwszym słowie się często kończy. Bo bywa i tak, że nie czytamy, nie opowiadamy dziecku. Jest zdane samo na siebie i na to, co gdzieś zasłyszy. Obcuje z telewizją i bywa świadkiem rozmów dorosłych, ewentualnie mówi się do niego w konkretnych sytuacjach. I nic ponad to. By wspierać rozwój mowy dziecka powinniśmy dużo jemu czytać, opowiadać, powtarzać, tłumaczyć. Musimy od samego początku mówić do niego jak najwięcej. Rodzicom często brakuje cierpliwości i konsekwencji by skupiać się na takim procesie. I później słyszymy, że przecież dziecko ma jeszcze czas, zacznie mówić! Ale do kogo ma mówić, skoro nie ma w rodzicu rozmówcy?

Później jest już tylko gorzej. Bo trzeba nauczyć liczyć, czytać, pisać, i tak dalej i dalej. A wystarczyłoby poświęcić dziecku trochę czasu zamiast zajmować się czymś mniej ważnym. Maluchy chłoną wszystko błyskawicznie. Dla przykładu Mały Człowiek nauczył się liczyć do trzech z prostego powodu – przy kąpieli liczone było zawsze: raz, dwa i trzy! Na “trzy” był umieszczany w wannie. I podłapał zaraz, gdy zaczął mówić. Umiał pokazać na paluszkach trzy i w ogóle. Kontynuowaliśmy więc naukę liczenia, dodając kolejne liczby. Liczyliśmy stopnie schodów, kawałki pomidorka na talerzyku, klocki na dywanie, dosłownie wszystko. Nauka przez zabawę, efekty zaskakująco dobre!

Czy dużo czasu to zajmowało i zajmuje? Nie. Czy odczuwamy jakoś drastycznie ilość czasu poświęcanego tylko dla niego? Nie. Czy widzimy efekty? Tak. Widzimy, jak pięknie się rozwija, wspomagany przez naszą małą pomoc. Czytałam jemu od początku, od jakiegoś czasu czytamy też razem. Ja czytam stronę, później on powtarza po swojemu i następna. Śpiewamy sobie, opowiadamy, tłumaczę jemu wszystko, co go otacza i interesuje. Czasem wkurza mnie pięćdziesiąte pytanie o to samo w ciągu godziny ale… odpowiadam. 😉

***

Rodzicielstwo to niekończące się wyzwanie. Od przewijania pieluch przechodzimy do podtrzymywania w pierwszych samodzielnych krokach, idąc dalej ku tłumaczeniu, dlaczego samochód ma cztery koła. Dzieci to niekończąca się inspiracja i bodziec do naszego rozwoju. Dlatego powinniśmy czuć się dumni, niebywale dumni, że mamy możliwość w tak wielkim stopniu wpłynąć na to, czym zaowocuje nasze wychowanie.

Powinniśmy czuć się dumni nie tylko z powodu pierwszych kroczków i pierwszych ząbków ale również pierwszego samodzielnie przeczytanego słowa czy policzonych kawałków marchewki na talerzu. Nikt nie zainspiruje naszych dzieci tak, jak możemy to zrobić my – rodzice. 

mama-sama

5 Comments

  1. Znam rodziców którzy dali dziecku pierwszego Snickersa jak miało rok a teraz kończy 3 lata i nadal nie korzysta z nocnika. A matka całe dnie przed tv i lustrem…

  2. Świetny tekst. Osobiście nie poddałam się temu wyścigowi. A nie było łatwo. Tak jak piszesz już w ciąży się zaczęło, jedna koleżanka już w tym tygodniu czuła ruchy, kolejna w tym a ja nie, i takie dobijanie człowieka – jak to 22 tc a ty jeszcze nie czujesz ruchów? Dałam sobie na luz, totalnie się wyłączyłam z tego wyścigu. Teraz tylko obserwuje jak dzieci innych “szybko się rozwijają”. To co że mój Bąbelek ma 4 msc i nie siedzi 🙂

  3. Kurczę, no powinno być ‘wszystko w swoim czasie’. Ale faktycznie jest tak jak piszesz, nie tylko z dziećmi, a w życiu ogólnie. Kiedy ślub, dlaczego jeszcze nie macie własnego mieszkania, kiedy dzieci, wreszcie ile przytyłaś w ciąży a potem leeeciii…

  4. Bardzo mądrze ujęte. Znam 4latki w pampersach i z powodu lenistwa rodziców nie idą do przedszkola bo nie umialyby się tam odnaleźć…

  5. Każdy, nawet najdrobniejszy, sukces naszych dzieci przyjmujemy z niezwykłym ciepłem, serdecznością i taką rodzicielską dumą. Mam wrażenie, że ich sukcesy w pewien sposób i nam pomagają stawać się lepszymi ludźmi. 🙂
    Bookendorfina

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *