Minimalizm w pokoju dziecka? To proste!

Nasz dom powinien być miejscem, do którego chętnie wracamy. Takim, w którym możemy odpocząć, zrelaksować się, poczuć się swobodnie i dobrze. Takim, w którym czujemy się swobodnie. Takim, który nas cieszy i przywodzi na myśl tylko najlepsze wspomnienia. Nasz dom powinien być miejscem, które istnieje dla nas. Nie dla zadowalania innych. Nie dla możliwości pochwalenia się przed innymi. Nie dla obnoszenia się zasobami swojego portfela. Nasz dom wcale n i e  m u s i pokazywać gościom, ile zarabiamy i na co nas stać. Nasz dom wcale nie musi przypominać magazynu przedmiotów modnych i drogich bo “tak trzeba” i “tak wypada”, skoro pracujemy i mamy znajomych, którzy chętnie nasze zdobycze podziwiają. Nie, wcale nie musi. Nasz dom to nasze schronienie i musimy zrobić wszystko by czuć się w nim jak najlepiej, nie robiąc przy tym nic wbrew sobie!

Tak pisałam całkiem niedawno tutaj. Od tamtej pory kilka osób spytało mnie w różnych okolicznościach, jak to jest z wprowadzaniem minimalizmu w domu, skoro mamy dziecko i to w takim wieku, gdy sieje wokół siebie teoretycznie chaos i masakrę. Teoretycznie – dobrze ujęte. Bo co prawda taki na przykład dwulatek sieje całkiem niezły zamęt, bałagani i w ogóle ale można nad tym częściowo zapanować. Zasady panujące w domu to jedno. Odpowiednio urządzony pokoik to drugie. Odpowiednia ilość zabawek to trzecie. I w ten oto sposób, gdy połączymy te trzy czynniki – jest szansa na niemały sukces. O zasadach już kiedyś pisałam, przynajmniej o tych, które nam się udało opanować i idzie to naprawdę bezproblemowo ( 10 zasad, które dwulatek już rozumieć powinien ). Pozostaje więc kwestia pokoju i zabawek.

Szykując wyprawkę, ład i porządek również były wszechobecne – idealnie poskładane ubranka w komodzie, dopasowana kolorystycznie do reszty dodatków pościel czy poukładane w równych rzędach pampersy w szufladach. I tak dalej i dalej. Gdy Mały Człowiek rósł, rosła też ilość przedmiotów, jakie go otaczały. Zabawki, ubranka, akcesoria niezbędne bardziej i mniej, wózki czy masa innych pierdółek.

Kto ma dzieci – ten wie, że takie generalne porządki, mogące zająć cały dzień a nawet więcej – są zazwyczaj niemożliwe. Wymyśliłam więc sobie, że podzielę to na etapy. I tak też zrobiłam. Wszystko zostało dokładnie obejrzane i odłożone na właściwą stertę. Do wyrzucenia. Do oddania. Do sprzedania. Do zachowania. Cztery grupy, do których trafiły wszystkie zgromadzone dotąd przedmioty. Wyrzuciliśmy dwa ogromne worki śmieci. Oddałam dwie pełne torby niemowlęcych zabawek Małego Człowieka koledze, który ma maleństwo w domu. Sprzedałam na lokalnym portalu parę akcesoriów po Malutkim. Puszka na oszczędności się zapełniła, mieszkanie się nieco odgraciło. I stąd taki wniosek: skoro odzyskaliśmy w ten sposób zaledwie część wydanych kwot a sprzedaliśmy tylko to co totalnie zbędne – tak naprawdę wcześniej wydaliśmy sporo pieniędzy zupełnie bez sensu…

Przejdźmy więc już do konkretów. W pokoju Małego Człowieka z mebli stoi tylko duży regał, stolik, łóżko i drewniana skrzynka. Ubranka, pościele i tym podobne – znalazły swoje miejsce w dużej zabudowanej szafie, stanowiącej naszą wspólną garderobę. W dodatkach też zachowaliśmy powściągliwość. Zasłony, pufa i jeden tekstylny kosz. Na podłodze dywan. Na ścianie nad łóżkiem obrazki. Poza koniem na biegunach i dużym autem – wszystkie zabawki są poza zasięgiem wzroku. Tutaj sprawdził się akurat dobrze znany Kallax z Ikei, ustawiony w poziomie. Dzięki temu Mały człowiek zarówno wszystkie półki, jak i górę regału ma w zasięgu rąk. Nie będzie więc kombinował nic w stylu: jak wspiąć się na wyższe półki? Na regale pomieściły się wszystkie książeczki, klocki i drobne zabawki. Mimo tylko ośmiu półek stał się meblem niemal bez dna dzięki prostemu trikowi, który podsuwa nam już sama Ikea. Cztery idealnie dopasowane pojemniki – szuflady zostały umieszczone w czterech dolnych półkach a w nich znalazły się absolutnie wszystkie drobne zabawki. Od wagoników, przez wszelkiej maści klocki po auta i instrumenty. Na wyższych półkach poukładaliśmy książeczki i kolorowanki. Regał wygląda schludnie, łatwo odszukiwać konkretne zabawki, łatwo też co wieczór je sprzątać. Mały Człowiek wysuwa sobie wszystkie cztery pojemniki, wrzuca do nich wszystko i wsuwa z powrotem.

Drobne pluszaki to jakaś plaga. Miałam wrażenie, że są w s z ę d z i e. Człowiek wchodził do pokoiku i atakowały zewsząd, nawet wtedy gdy był porządek. Najpierw nastąpiła wstępna selekcja. Odpadły wszystkie te, które cichaczem uprowadził od Dziadków, gdzie też ma swój kąt do zabawy ale sukcesywnie znikają z niego różne rzeczy. Przy kolejnej wizycie tam zostały dyskretnie spakowane w wielką torbę na zakupy, upchnięte do bagażnika i poza spojrzeniami Małego Człowieka oddane Dziadkom. Od teraz nie ma zmiłuj – nie zabieramy ich z powrotem, skoro w domu i tak nie zaszczyci ich nawet spojrzeniem. Następnie odpadły wszystkie te, które już się nie szczególnie nadawały do zabawy. Wymemłane, wyślinione, obszarpane i bez jakichś części ciała. Te trafiły od razu do kosza na śmieci. Jego pierwszy pluszaczek został zachowany na pamiątkę, dla reszty nie mamy litości. Gdy już zostało grono tych, które lubi, używa i jest im oddany – okazało się, że ze spokojem mieszczą się do jednego, dość pojemnego kosza.

Na stoliku nigdy nic nie leży, blat jest zawsze gotów do pracy. Wystarczy że Mały Człowiek położy na nim papier, kolorowanki czy puzzle i zabawa trwa w najlepsze. W drewnianej skrzynce leżą piłki, wiaderko i łopatki bo są zbyt duże by upychać je w szuflady na regale. Na parapecie również nic nie leży, podobnie jak na górze regału – tutaj stoi jedynie dość spora drewniana przeplatanka. I tyle. O ile łatwiej jest posprzątać w takim pokoju, gdy nic nie poniewiera się tu i ówdzie, wszystko pochowane w szufladach, wszelkie powierzchnie niezastawione. przecieram kurze bez problemu, bez najmniejszego odkurzam i myje podłogę.

A zabawki? Ich ilość ograniczyliśmy na etapie selekcji tych, któe do zabawy już się nie nadawały lub zwyczajnie były nieużywane. Całkiem niedawno przeprowadziliśmy mały eksperyment i odcięliśmy Małego Człowieka od 3/4 jego zabawek. Z dnia na dzień po kryjomu eliminowaliśmy te, którymi bawił się rzadko. Ostatecznie zostało ich naprawdę niewiele a mimo to wciąż nie używał wszystkich z nich. Pozostawiliśmy taki stan na kilka tygodni i – o dziwo! – nie zauważył braku. Mało tego! Z większym zainteresowaniem i zaangażowaniem bawił się tymi ulubionymi, które pozostały w zasięgu ręki. Dlatego też na ten moment jesteśmy w trakcie kolejnej zmiany a mianowicie wyeliminowania kolejnej partii, z naciskiem na te bezużyteczne, mało kreatywne i nie budzące jego zainteresowania. O efektach eksperymentu i wprowadzonych zmian będziemy zapewne pisać niedługo bo mimo wszystko – to ciekawy temat, niewielu może sobie zdawać sprawę, że dla dziecka mniej n a p r a w d ę znaczy więcej. A nadmiar zabawek nikomu jeszcze nie wyszedł na dobre. 😉

To nie jest tak, że rodzice wprowadzając minimalizm w życie czy chociażby pokój dziecka – coś ograniczają, coś odbierają czy czegoś dziecku żałują. Nadmiar nie zawsze oznacza coś dobrego. Mniejsza ilość zabawek ale w zamian dobrej jakości, kreatywnych czy wspomagających rozwój – z pewnością wniesie w życie malucha więcej niż ogromne ilości tandetnych drobiazgów.

mama-sama

5 Comments

  1. Obecnie rodzice wychodzą z założenia że im więcej tym lepiej to o nich świadczy…

  2. Zdecydowanie popieram! Też w pokoju mojego dziecka postawiłam na minimalizm. Ma rzeczy najpotrzebniejsze, zbędne są tylko siedliskiem kurzu…

  3. A napiszesz coś więcej o tym jak wybierasz zabawki by nie okazały się absolutnie zbędne?

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *