Instytut Salamandra – miejsce, gdzie czas się zatrzymuje

Każda kobieta, zwłaszcza młoda mama – potrzebuje czasami wychodnego. I nikt temu raczej nie przeczy, chociaż niekiedy osobom trzecim niewyobrażalnym wręcz jest to, że szczęśliwa mamusia, która dopiero co powiła swoje dziecię – marzy o tym by je porzucić na godzin kilka i wyjść, jak najdalej od domu. Ewentualnie do własnej łazienki. No dobra. Ewentualnie do własnej sypialni, odespać ile się da. Wróćmy jednak do wychodnego. O ile przyjemniej jest z niego korzystać, gdy możemy ten czas spędzić w miejscu mającym moc kojącą i… upiększającą. Połączenie idealne. Wyobraźmy sobie, że wystarczą zaledwie dwie godzinki w takowym miejscu by wrócić z poczuciem odprężenia, zadbania i dopieszczenia. A cóż to za miejsce? Jest ich sporo, znaleźć je można w zasadzie w każdym mieście – wystarczy dobrze poszukać.

Na mapie Poznania całkiem niedawno pojawiło się nowe, na swój sposób szczególne. Dlaczego szczególne? O tym można by mówić i mówić. Osobiście odpowiem jednym zdaniem: bo w tym miejscu kobieta czuje się dopieszczona już w chwili wejścia do środka. Poczynając od przepięknych wnętrz, niesamowitego stylu, z jakim zostały urządzone i sympatyczną, profesjonalną obsługą w recepcji. Idźmy dalej. Wyśmienita kawa podana zaraz później. I tak naprawdę to zaledwie niewielki wstęp do tego, co nas czeka. Ale to za moment!

Wrócę na chwilę do wizyt w salonach kosmetycznych, z którymi miałam wcześniej do czynienia. Dla przykładu: dzwonię, umawiam się chociażby na mikrodermabrazję, przychodzę w umówionym terminie, pani kosmetolog wykonuje zabieg, płacę i wychodzę. Ot, zwyczajna usługa i relacja na linii klient-firma.

Ale nie tutaj. Tutaj w pierwszej kolejności mamy możliwość przeprowadzenia diagnozy skóry. Przemiła pani najpierw wytłumaczyła mi, po co się ją wykonuje i jak dokładnie będzie wyglądać. Następnie wykonała ją za pomocą jakiegoś specjalistycznego urządzenia ( Visia Complexion – jak się później dowiedziałam ). Zaraz później pokazała mi wyniki, bardzo szczegółowo je omówiła i – ku mojej uciesze – okazało się, że podczas gdy sama niebawem skończę lat dwadzieścia sześć, moja skóra ma lat zaledwie dwadzieścia! Bardzo pozytywny akcent całego spotkania. Poza tym dowiedziałam się, które obszary twarzy wymagają większej uwagi przy pielęgnacji, co stanowi największy problem i płynnie przeszłyśmy do propozycji odpowiednio dobranego zabiegu.

Padło na Mesotherm. Sama nazwa stanowiła dla mnie wielką niewiadomą, pani kosmetolog jednak bardzo cierpliwie wytłumaczyła mi, na czym to polega. Omówiła poszczególne etapy i odpowiedziała na wszystkie moje upierdliwe pytania. Dociekliwość była tym większa, że miał to być mój pierwszy bardziej inwazyjny niż tradycyjna mikrodermabrazja, zabieg. Gdy moja nieposkromiona ciekawość została zaspokojona, zostałam zaprowadzona do innego gabinetu, gdzie czekała już inna pani kosmetolog. Która to zresztą – również – bardzo szczegółowo omówiła ze mną cały zabieg.

Nie mam pojęcia, co mi strzeliło do głowy by wybrać się tam w sukience (?!), podczas gdy zwykle do kosmetyczki pędzę w dresie. Być może niezwykle stylowe wnętrza i cudowna atmosfera Instytutu nie pozwoliły mi podświadomie wybrać tak niezobowiązującego stroju, nie mam pojęcia. Musiałam więc wspomnianą sukienkę zrzucić, zostałam przykryta mięciutkim, śnieżnobiałym dużym ręcznikiem i zaczęłyśmy od mikrodermabrazji korundowej. Czym różnie się od zwyczajnej? Czuje się – naprawdę! – ogromną różnicę bo jest o wiele bardziej intensywna, przynajmniej w moim odczuciu. Trochę jakbyśmy pocierali twarz nieoszlifowanym kamieniem… 😉 Brzmi być może strasznie, w rzeczywistości jednak da się przetrwać. Po kilku minutach można się przyzwyczaić a po tym etapie da się odczuć niemal od razu, jak bardzo skóra została oczyszczona.

Na czym polegały dalsze etapy? Mówiąc w absolutnym skrócie, przystępnym dla totalnego laika ( czyli przeciętnej klientki ): dzięki mikrodermabrazji na skórę wyrzucane są mikrocząsteczki glinu, które następnie są zasysane z powrotem, łącznie z martwym naskórkiem! Jednocześnie podczerwień emitowana przez laser diodowy, wnika głęboko w skórę – dzięki temu poprawia się odnowa komórek. W następnym etapie główną rolę odgrywa fala radiowa w duecie z mikronakłuwaniem. Innymi słowy specjalny ( sterylny! ) roller z mnóstwem mikroigieł masuje skórę pod ciśnieniem, co ma za zadanie regenerować włókna kolagenowe. Ostatnim już etapem jest elektroporacja. Cóż takiego kryje się pod groźnie brzmiącym zwrotem…? Zwiększa się zdolność naszej skóry do pochłaniania wszystkich aktywnych składników, które zawarte są w serum podawanym w tej fazie zabiegu. Na samiuśkim już końcu przychodzi czas na maskę, która koi skórę i łagodzi zaczerwienienia.

Tyle w telegraficznym skrócie, jeśli chodzi o sam zabieg. O wiele obszerniej będę o nim pisać za kilka tygodni, gdy będę możliwe do zaobserwowania jego skutki. Dlaczego dopiero wtedy? Bowiem na całkowite działanie Mesothermu trzeba trochę poczekać, zazwyczaj właśnie wspomniane kilka tygodni. Nie zmienia to jednak faktu, że pierwsze zmiany widoczne są już po pierwszym zabiegu i to jest bardzo budujące! Zaleca się oczywiście serię kilku dla lepszego efektu, kwestia ilości powinna być ustalana indywidualnie – zależnie od potrzeb, oczywiście.

Moje wrażenia? Po dokładnym wprowadzeniu w temat przez panią kosmetolog z Salamandry – byłam merytorycznie przygotowana na każdy z poszczególnych etapów. Słysząc sformułowania typu: mikroigły czy zasysanie, spodziewałam się większego dyskomfortu niż ten odczuwany w rzeczywistości. Częste pytania o to, czy wszystko w porządku – zdecydowanie mnie uspokajały i łagodziły nieprzyjemne momentami doznania. Po nałożeniu łagodzącej maski – uwaga! – wykonano relaksujący masaż dłoni, co było absolutnym strzałem w dziesiątkę a co z kolei rzadko zdarza się w tego typu miejscach. W różnych salonach kosmetycznych czy nawet instytutach urody, podczas różnych zabiegów na twarz – nie trafiłam na taką usługę, ot tak – w pakiecie. Punkt dla Salamandry!

Tuż po wyjściu z Instytutu otrzymałam SMS z podziękowaniem za wizytę i już wtedy wiedziałam, że ta pierwsza – nie będzie z pewnością ostatnią. Tak profesjonalnej, życzliwej i kompleksowej obsługi dotąd nie doświadczyłam.

Warto znaleźć moment dla siebie, niezależnie od tego, czy miałoby to być kilkugodzinne wychodne – chociażby jak moja wizyta w Instytucie – czy godzinka we własnej łazience. Tyle się mówi o tym, że szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko. A szczęśliwa matka to przede wszystkim kobieta. Zadbana, zrelaksowana oraz świadoma swojej urody i wartości. Nic dodać, nic ująć.

PS Instytut Salamandra a raczej jego zespół – wpadli na świetny pomysł, jakim jest Projekt Piękno i niebawem przeczytacie o tym tutaj ciut więcej… 🙂

One Response

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to Top