Dlaczego kupujemy zdecydowanie za dużo?

Gdyby tak zastanowić się, jak brzmi kluczowe pytanie obecnych czasów, zapewne odpowiedź brzmiałaby: mieć czy być? Proste i trudne zarazem. Proste jest samo pytanie. Trudna zazwyczaj bywa odpowiedź. I nie dlatego, że trudno nam odpowiedzieć. Bo odpowiedź ( niestety ) przychodzi zazwyczaj nazbyt łatwo. I zazwyczaj brzmi: mieć. Troszeczkę smutne, może nawet trochę bardziej niż troszeczkę. Niestety jednak borykamy się wciąż z ogromnym wpływem konsumpcjonizmu, jaki nam się wpaja i narzuca. Skąd aż tak duży wpływ tego zjawiska na nasze życie?

Całkiem niedawno pisałam o tym, jak wpływa na nas kultura medialna, która obecnie tak naprawdę króluje ponad wszelką inną. Widzimy coś, co przedstawiane jest nam jako niezbędne do wzmocnienia naszego poczucia wartości, bycia lepszym od tego, kim jesteśmy obecnie i zaczyna nam się wydawać, że n a p r a w d ę tego potrzebujemy, że naprawdę musimy to mieć by być szczęśliwsi czy lepsi. Czy tak jest w rzeczywistości? Nie. Czy zdajemy sobie z tego sprawę? Nie. Dlaczego? Bo pozwalamy sobą kierować. Przez zmyślne chwyty marketingowe, przez rozliczne manipulacje czy prowokacje, chociażby w telewizyjnych reklamach czy na internetowych portalach. O mediach społecznościowych już nie wspominając – bo tam przecież nasza wartość przeliczana jest na liczbę lajków czy komentarzy. A mamy na nie o wiele większą szansę, mając do pokazania coś wartościowego. Wartościowego czyli modnego, możliwie najbardziej markowego czy dizajnerskiego. Naszą wartość zaczęły stanowić modele smartfonów, miejsca spędzania wakacji czy logotypy na butach. Paranoja, prawda? Ale sami – na własne życzenie – w tej paranoi tkwimy. Nikt nas nie zmusza.

Zaraz ktoś się odezwie, że owszem zmusza. Bo presja społeczeństwa. Bo chęć uniknięcia poczucia bycia gorszym. Bo to. Bo tamto. Bzdury! Nikt przecież nie stoi nad nami i nie zmusza nas do kupowania pięćdziesiątej pary butów czy piętnastej torebki. Nikt nie każe nam lecieć na wakacje na Malediwy bo przecież Grecja czy Teneryfa są takie o k l e p a n e. Nikt nie klika za nas na Facebooku, nikt nie nakazuje nam wymieniać telefonu co kilka miesięcy by nadążyć za trendami, które i tak przemijają szybciej niż jesteśmy w stanie temu sprostać. Nikt, naprawdę nikt, nie robi tego za nas ani nas do niczego w żaden sposób nie zmusza. Więc podobne wymówki sobie darujmy, serio. Dlaczego więc kupujemy zdecydowanie za dużo…?

Po pierwsze: konsumpcjonizm traktowany jest jako namiastka zachodniego dobrobytu.

Wielu Polaków pamięta jeszcze ciężkie czasy PRL-u, gdy królował niedostatek. Z tego też powodu starsze pokolenie po zmianach, jakie zaszły – jest nastawione na konsumpcjonizm i siłą rzeczy przekazuje je dalej, młodszym. Gdy rodzice kupują coraz więcej i więcej, gromadzą i przywiązują wagę do coraz to nowszych nowinek, chociażby technologicznych – dzieci automatycznie czerpią z tego wzorzec i uczą się dokładnie tego samego.

Po drugie: chęć nadążania za trendami.

I tutaj fajnie pokazuje to zwrot, z którym możemy często się zetknąć: kupuję więc jestem. Mam więc jestem. Mam więc coś znaczę. Coś znaczę więc jestem fajny. Tyle w dość uproszczonym skrócie. W rzeczywistości oznacza to nic innego niż pęd za najnowszymi zdobyczami technologii, coraz bardziej designerskimi gadżetami. I nie mowa tylko o typowych gadżetach typu smartfon czy tablet. Obecnie bardzo wielu ludzi odczuwa niegasnącą potrzebę posiadania tego, co aktualnie jest n a j . Wymieniają więc kilkuletnie, w stu procentach jeszcze sprawne lodówki, pralki, telewizory czy samochody. By być na bieżąco, by nie odstawać o tych, którzy są pokazywani w telewizyjnych reklamach.

Stajemy się w ten sposób poniekąd niewolnikami. Nie liczy się to, co nam się tak po prostu, szczerze podoba. Nie liczy się też to, czy naprawdę tego potrzebujemy. Liczy się jedynie to by dzięki danemu przedmiotowi być na czasie, być fajniejszym od sąsiada czy znajomych. Mieć czym się pochwalić. W ten sposób stajemy się coraz bardziej powierzchowni, swoją samoocenę uzależniając od dóbr materialnych, jakie udaje nam się zgromadzić.

Po trzecie: szybciej znaczy lepiej.

Postęp i nowości na rynku nauczyły nas, że najlepsze jest to, co można osiągnąć najszybciej. Możemy szybko rzucić palenie dzięki produktowi X. Możemy szybko schudnąć bez szczególnego wysiłku dzięki produktowi Y. Możemy szybko zrobić to i owo bo możliwa prędkość Internetu jest coraz bardziej zwiększana. Możemy naprawdę wiele, na wszystko właściwie znajdzie się jakiś produkt, który nam ułatwi to czy tamto. I wybieramy tą szybkość, gdy tylko możemy. Bo szybciej znaczy lepiej. A lepiej znaczy: jestem lepszy.

Niestety taki sposób myślenia prowadzi jedynie do zwiększania tego tempa. Będą pojawiać się produkty przyśpieszające to i owo jeszcze bardziej, producenci będą prześcigać się w kolejnych pomysłach, marketingowcy będą stawać na głowie by to sprzedać a konsumenci będą gotowi oddać wiele by wejść w tego posiadanie. Błędne koło, niekończący się wyścig po coś szybszego czyli lepszego. Narzucane tempo, narzucana presja. I gdzieś w tym wszystkim można zagubić swoje własne pragnienia, stłamszone przez te narzucone z zewnątrz jako odpowiednie i na czasie. Bo docenia się to, co łatwe i unika tego, co skomplikowane.

Po czwarte: prosta droga do zakupoholizmu.

Gdy kupujemy zdecydowanie za dużo i na dodatek dobra, które nie są nam do niczego potrzebne – mówimy o zakupoholizmie. Gdy czerpiemy ogromną satysfakcję z samego kupna, nie zważając na to czy coś nam się przyda czy też nie. Zakupy są wówczas traktowane jako forma ucieczki od codzienności, sposób na rozładowanie stresu. Zakupy na bardzo krótko przynoszą satysfakcję, radość czy zadowolenie a zaraz później pojawia się znów poczucie niedosytu czy przygnębienia, na które lekarstwem znów stają się… zakupy.

I nie chodzi tutaj oczywiście o sytuacje, które mogą zdarzyć się każdemu. Mieliśmy okropny, stresujący czy przygnębiający tydzień więc przy okazji cotygodniowych zakupów sprawiamy sobie nową parę szpilek czy czekoladki z wyższej półki cenowej, na które sobie na co dzień nie pozwalamy. Nie nie nie! To nie jest zakupoholizm więc nie generalizujmy zbyt łatwo w tej kwestii ani nie oceniajmy zbyt pochopnie. Dopiero gdy zakupy stają się nieodpartą potrzebą, silniejszą od czegokolwiek innego – mówimy o problemie. I jest to problem dokładnie taki sam jak hazard, alkoholizm czy narkomania.

***

Jak powinniśmy więc kupować…? Świadomie! To, co jest nam naprawdę potrzebne zamiast tego, co wciska nam się jako absolutny #musthave. To, co naprawdę chcielibyśmy mieć dla siebie zamiast tego, co wymaga się by w dzisiejszych czasach mieć w domu. To, co jest dobrej jakości. Tutaj warto przypomnieć zasadę stawiania jakości ponad ilość. Jeden porządny, dobrze dla nas dobrany płaszcz z a w s z e będzie lepszy niż kilka o wiele gorszej jakości, upchniętych ciasno w szafie niczym marne pozostałości przemijających kiczowatych trendów.

Pracujemy więcej by więcej zarabiać. Zarabiamy więcej by kupować więcej. Płacimy kartami kredytowymi, tworząc złudne wrażenie tego, że nas na to wszystko stać – do momentu, gdy przyjdzie rachunek z tejże karty i przyjdzie nam zarabiać jeszcze więcej, tym razem na spłatę zobowiązania w banku. Otaczanie się wieloma dobrami, gromadzenie ich, zastępowanie coraz nowszymi ma dawać nam poczucie bycia lepszym od tych, którymi bylibyśmy w naszym mniemaniu bez tego wszystkiego. 

2 Responses

  1. Niestety. Kupujemy za dużo i często na kredyt bo ktoś ma, bo nie chcemy odstawać i być gorsi. A rzadko pytamy siebie czy w ogóle tego nam potrzeba :/

  2. Muszę się przyznać, że sama często kupuję zbyt dużo. Często pod wpływem stressu czy nerwów, ale muszę się usprawiedliwić, że nie jestem typem chomika i nie przetrzymuje zbyt wielu niepotrzebnych rzeczy w domu.
    Nie miałam żadnego problemu z kupowaniem zbyt dużo, kiedy nie miałam pracy 🙂 To skutecznie ograniczało chęci.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to Top