Z czym na co dzień boryka się samotna matka?

Osz kurde, człowiek niekiedy nie może się naprawdę nadziwić ile jadu i ignorancji zarazem tkwi w ludziach. Wystarczy znaleźć się w sytuacji trudnej albo dla większości niezrozumiałej. Wtedy na równi ze złotymi radami pseudodoświadczonych – natrafimy na mniej więcej tyle samo ( jeśli nie więcej ) kąśliwych uwag, przytyków albo zwyczajnej, wrednej krytyki, która ma za zadanie nam dokopać i w zasadzie – nic więcej. Dlaczego? Bo tacy już jesteśmy. Lubimy czuć się lepsi od innych. Po prostu.

Zanim jeszcze pojawił się Mały Człowiek, zanim w ogóle zaszłam w ciążę – bo wiele lat wcześniej – pojęcie samotnej matki spotykałam nieczęsto. W małej społeczności sąsiedzkiej trudno o anonimowość czy tajemnice. Często mówiło się o tej czy o tamtej, że „taka z niej samotna matka, na kocią łapę żyją a pieniądze biorą”. Okej. Niewiele wtedy o życiu wiedziałam, nie mnie było oceniać trafność podobnych stwierdzeń. W pamięć jednak zapadły. Nieuczciwym – delikatnie mówiąc – wydawało mi się wówczas „udawanie” samotnej matki, podczas gdy ojciec dziecka czy dzieci normalnie z danymi matkami mieszkał, żył i wychowywał dzieci. Jak było naprawdę? Nie mam pojęcia.

Podobne stwierdzenia jednak zdarzyło mi się słyszeć nie raz i nie dwa również wtedy, gdy sama samodzielną matką byłam. Wówczas jednak znałam realia, znałam możliwości, wiedziałam co i jak – i z całą pewnością siebie mogłam dojść do wniosku, że ludzie zazwyczaj im mniej wiedzą tym więcej mówią… Pozostając w temacie wniosków, nasuwa się jeszcze jeden. Samodzielne ( czy też samotne – jak kto woli ) matki mają naprawdę pod górkę. W niemal każdej kwestii. Uprzedzam jednak, że mowa o naprawdę samodzielnych matkach. Takich, które są zdane same na siebie. Nie mają tuż obok siebie rodziny czy bliskich, którzy im pomagają i ze wszystkim radzą sobie same.

Samotne matki często muszą pracować za dwoje. To jest temat rzeka niemal. Po pierwsze: alimenty. A raczej ich brak w większości przypadków. O dłużnikach alimentacyjnych – na szczęście! – robi się coraz głośniej, nie zmienia to jednak faktu, że zwyczajnie na swoje dzieci nie płacą. W zeszłym roku napisałam tutaj takie słowa:

Ile takich dzieci żebrałoby o bułkę na ulicy, gdyby miały polegać tylko na alimentach? Ile dzieci nie miałoby butów bo alimenciarz uchyla się od płacenia? Ile takich dzieci żyje obok nas? Wegetujących od pierwszego do pierwszego, patrzących jedynie z żalem i zazdrością na rówieśników. Bo ci rówieśnicy nie dość, że mają pełne rodziny to jeszcze stać ich na batoniki czy nową koszulkę. A Twoje dziecko – załóżmy – nie ma Taty, ma Mamę, która pracuje ponad siły, zajada suchy makaron i jest mistrzynią wyszukiwania promocji. Trzy pary body w cenie dwóch czy pięć torebek kaszki w cenie trzech. Okazje, prawda?

Zakładając więc, że alimentów jakichkolwiek dziecko od ojca nie dostaje – matka musi pracować za dwoje, nie ma co ukrywać. Oczywiście istnieją świadczenia rodzinne, fundusz alimentacyjny czy dodatek z tytułu samotnego wychowywania dziecka. Tu jednak nierzadko zaczynają się przysłowiowe schody. Dla przykładu: by otrzymać zasiłek rodzinny ( w wysokości kilkudziesięciu złotych ) dochód na osobę nie może przekroczyć w rodzinie bodajże 574 złotych a w przypadku funduszu alimentacyjnego – 725 złotych… Przyjmując więc, że mowa o dwuosobowej rodzinie ( mama plus dziecko ) – miesięczny dochód musiałby wynosić maksymalnie ciut ponad tysiąc sto złotych by otrzymać zasiłek rodzinny i wspomniany wcześniej dodatek z tytułu samotnego wychowywania dziecka… W większych miastach za tysiąc złotych można wynająć kawalerkę, uregulować jakieś rachunki i… co dalej? Oczywiste więc jest, że matka musi – po prostu jakoś musi! – zarobić co miesiąc więcej by dziecko wykarmić, ubrać, za coś dojeżdżać do pracy czy kupować lekarstwa w przypadku choroby. Zarabiając więcej – nie ma szans na jakiekolwiek świadczenia. Pozostaje więc na placu boju sama…

Idźmy dalej. Przyjęło się, że kobieta w ciąży potrzebuje wsparcia partnera, który często jest obecny przy porodzie, później opiekują się sobą nawzajem, dbając o nowonarodzone maleństwo już w domu. Kiedy kobieta musi przeżywać ciążę zupełnie sama lub zostaje porzucona z noworodkiem – ze wszystkimi wyzwaniami rodzicielskimi przychodzi jej zmierzyć się w pojedynkę. Poczucie niesprawiedliwości. Poczucie bezradności. Poczucie osamotnienia. Rozpacz. Ból. Przerażenie. To tylko niewielka część tego, co wówczas taka matka może odczuwać. Nagle banalne sprawy, jak chociażby zwykła codzienność – urastają do rangi niewykonalnych. Kobieta musi z dnia na dzień zmobilizować się do ogromnego wysiłku, jakim jest ułożenie życia swojego i dziecka w taki sposób by wszystko pogodzić. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim zadbać o ich byt bo przecież wszystko kosztuje…

Gdy dziecko nie ma ojca – niechcący możemy wpaść w pułapkę dążenia do perfekcjonizmu w podwójnej roli. Bo powtarza się nam, że musimy zastąpić również ojca. Bo czujemy jakąś wewnętrzną potrzebę czy presję by wynagradzać dziecku brak drugiego rodzica na każdym kroku, na różne sposoby. I w ten sposób może się okazać, że chcemy być niemal idealnymi matkami i ojcami zarazem, perfekcyjnymi paniami domu, nienagannymi pracownicami i świetnymi organizatorkami wszystkiego, co tylko będzie potrzebne. Bo wydaje nam się, że m u s i m y, po prostu musimy – wszystko dopinać na ostatni a nawet dodatkowy guzik. Bo wydaje nam się, że dziecko będzie czuło się w jakiś sposób gorsze, jeżeli czegokolwiek ( w naszym mniemaniu ) jemu zabraknie. A tak wcale nie jest. To – tak jak napisałam wyżej – jedynie pułapka i nasze błędne wyobrażenia. Dziecko potrzebuje przede wszystkim szczęśliwej, spełnionej i spokojnej mamy. Bez frustracji, niepokoju czy przemęczenia z nadmiaru obowiązków, w dużej mierze niepotrzebnie sobie narzucanych.

Często słyszy się też o tym, że dzieci samodzielnych matek nie odnajdują w nich autorytetu. Tak naprawdę wiele zależy od wykorzystanych metod wychowawczych i siły, z jaką taka matka będzie potrafiła działać by wychować dziecko według najbliższych jej zasad moralnych. Podobnie jak w pełnych rodzinach, gdzie w grę wchodzi dwoje rodziców – tak jest i w przypadku samotnej mamy. Wiele zależy od tego, jaka więź emocjonalna będzie łączyć ją i dzieci czy też – jakie wzorce będzie im przekazywać. Dzieciom o wiele łatwiej jest akceptować fakt wychowywania się w niepełnej rodzinie, jeżeli czują się kochane, akceptowane i zauważane.

Przytłaczające niekiedy trudności finansowe, mieszkaniowe czy zawodowe. Brak wsparcia, zrozumienia czy minimum empatii ze strony nie tylko najbliższych ale i zupełnie obcych niekiedy osób. Poczucie bezradności, osamotnienia i bardzo często odrzucenia. Niepewność co do przyszłości, lęk przed nowymi związkami albo nieufność. Wymieniać tak naprawdę można by bez końca. Gdyby tak przyjrzeć się codzienności samodzielnych matek – każdy niemal dzień to jakieś wyzwanie, nierzadko balansując na granicy szaleństwa lub rozpaczy. Jakiekolwiek jednak by to wyzwanie nie było – dzieci stanowią motywację do wszelkich starań. Szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko – nic dodać nic ująć. I tego należy trzymać się zawsze, niezależnie od tego czy mowa o rodzinie pełnej czy też niepełnej. 

mama-sama

7 Comments

  1. Nic dodac nic ujac. Kochana jestes doskonalym przykladem na to ze lepiej odejsc od egoistycznego przemocowca i ulozyc sobie zycie na swoj sposob i byc przy tym cholernie szczesliwa. Powodzenia waszej trojce!

  2. Jestem pełna podziwu dla mam samodzielnie wychowujących dzieci. Dla mnie to pełny wyczyn. Nie wyobrażam sobie tej jazdy, niekiedy zupełnie bez trzymanki. W jakimś filmie jest taki tekst, że “myślisz, że to cud? samotna matka, pracująca na dwa etaty, wioząca syna na zajęcia poza szkolne, to jest cud!” I coś w tym jest. Nie umniejszam pracy jaką codziennie mają do zrobienia matki w pełnych rodzinach. I wyobrażam sobie, że choć fizycznie często może być ciężko, to emocjonalnie mamom samym jest tragicznie. I to jest największy chyba ciężar. Ale choćbym nie wiem jak chciała sobie wyobrazić jak to jest, nie jestem w stanie.

  3. Bardzo w niewielkiej części przeżyłam “samotne” zajmowanie się dzieckiem. Gdy urodził się mój drugi syn, był bardzo absorbujący. Do tego w domu był jeszcze starszak. Generalnie wyszło tak, że przez pierwsze 2 miesiące młodszy był ciągle tylko ze mną, bo nie dało się go nawet komukolwiek przekazać. Jednak i tak jakąś drobną pomoc przy tym miałam. Kobiety, które same wychowują dzieci, są bardzo dzielne i należałby im się za to pomnik 🙂

  4. Oh jak ja Cię doskonale rozumiem. Jestem samodzielną Mamą (bardzo mi się podoba słowo samodzielna). Tato dziecka jest ale alimentów brak, tzn są, jak jemu pasuje.. Córka coraz starsza do ojca nie chce jeździć.. Nie chce powiedzieć dlaczego.. Mieszkając w Irlandii mimo wszystko otrzymuję pomoc. Jednak z całą rzeczywistością radzę sobie sama. Powiem nawet, że samodzielnie wychowując dziecko pracuje się na trzy etaty, ten najważniejszy w domu, od którego nie mamy wolnego, urlopu, czy extra za nadgodziny. Dzień czy noc jesteśmy na stanowisku pracy. Medal nam się należy! ? ? ?

  5. Jeden z tych tekstów, który nawet osobie zupełnie nie dotkniętej opisywanym problemem trudno przeczytać bez emocji…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *