“Nie wolno!” & “Nie ruszaj!” czyli: dlaczego dzieci nas nie słuchają?

Gdy nasz maluch zaczyna mówić – albo i ciut wcześniej – spotykamy się ze zjawiskiem, które poznał chyba każdy rodzic. Dziecko nas nie słucha. Odnosimy wrażenie, jakbyśmy mówili do ściany. Mówimy i mówimy a reakcji ze strony zainteresowanego… b r a k. Brutalna rzeczywistość nazywana rodzicielstwem? Niekoniecznie. Wystarczy przyjrzeć się okolicznościom i sposobowi, w jaki mówimy do dziecka by przekonać się, że być może wina leży w dużej mierze po naszej stronie. Dlaczego? Bo traktujemy dziecko na równi z nami. Pada komunikat a my oczekujemy reakcji. Pomijamy to, że dziecko w inny sposób postrzega świat, potrzebuje trochę innych bodźców do działania a przede wszystkim – poczucia, że jest szanowane, wysłuchiwane a rodzic potrafi dostosować poziom do jego potrzeb.

Po pierwsze: bądźmy dobrym przykładem. Dziecko nas nie słucha? Ba! Nie zwraca nawet na nas uwagi, gdy do niego mówimy? A możemy my robimy dokładnie to samo, gdy ono próbuje coś nam przekazać? Warto przyjrzeć się najpierw sobie. Często zdarza się, że w pędzie codzienności rodzice nie patrzą na dziecko, gdy ono do nich mówi albo zbywają je akurat w chwili, gdy te chcą czegoś – dla niech bardzo! – ważnego. Warto zatrzymać się nad moment nad tym czymś, co akurat robimy, pochylić się w stronę malucha i wysłuchać, co takiego „baldzo waźniego” ma do powiedzenia.

I nie tylko o pośpiechu mowa, pozostając w temacie wzorców. Ile razy zdarza się, że rodzic spędza ileś godzin dziennie na wpatrywaniu się w ekran telewizora lub komputera a dziecko patrzy na to i… robi to samo? Wówczas ignoruje nasze prośby czy pytania, zbyt zajęte telewizją chociażby. I nie widzi w tym absolutnie nic złego. Skoro mama tak robi – co może być w tym złego…? Tak rozumie maluch i dlatego tak ważne jest by dawać jemu możliwie najlepsze wzorce. Traktować dziecko tak, jak sami chcemy by ono nas traktowało. Z uwagą i szacunkiem.

Po drugie: bądźmy konsekwentni. Mówiąc najprościej – trzymajmy się zasad, które wcześniej ustaliliśmy. Może być trudno i co do tego nikt nie ma raczej wątpliwości. Bo ileż razy można powtarzać wciąż jedno i to samo, podczas gdy maluch najzwyczajniej w świecie nas nie słucha? Bo ileż czasu można stać i patrzeć, jak dziecku któraś nasta próba z rzędu zrobienia czegoś samodzielnie – nie powodzi się? To właśnie ta cierpliwość i konsekwencja są kluczowe.

W naszym przypadku też oczywiście łatwo nie było. 😉 Po sukcesie, jakim okazała się zasada sprzątania zabawek w swoim pokoju – wdrożona w zasadzie zaraz po tym, jak Małemu Człowiekowi własny pokój stworzyła – pojawiły się schody, gdy przyszło do samodzielnego ubierania. Zaczynaliśmy stopniowo. Najpierw nauczył się sam zakładać skarpetki a ja resztę. Później skarpetki i spodnie a ja resztę. I tak dalej i dalej. Aż w końcu umiał już ubrać się sam całkowicie. Ale to, ile razy chciałam go wyręczyć i z trudem się powstrzymywałam – było trudne do zliczenia. Bo patrzenie, jak dwudziesty raz z rzędu próbuje włożyć skarpetkę odwrotnie, mogło ociupinkę frustrować. Ale zaciskałam zęby i stałam dalej, obserwując jego poczynania. Z zapałem podejmował kolejne próby i w końcu nauczył się samodzielnie ubierać. I nie stanowiło problemu wcale to, że on nie chce tego robić. Bo chciał. Stopniowałam jemu poziom trudności i szło gładko. Problem pojawiłby się dopiero, gdybym kilka razy się nie powstrzymała i go wyręczyła. Pokazałabym jemu, że to tylko takie moje gadanie i wcale nie musi robić tego sam bo w razie czego Mama się tym zajmie. Dziecko potrzebuje sporo czasu by coś zacząć robić odruchowo, dajmy więc jemu ten czas i konsekwentnie trzymajmy się tego, co postanowione.

Po trzecie: nie przerywajmy dziecku. Warto mieć na uwadze to, że dziecko – jeśli czymś się zajmuje, angażuje się w to maksymalnie. Dlatego też trzeba zwrócić uwagę na to, czy aktualnie nie jest czymś pochłonięte nim je o coś poprosimy. Po co to wszystko? Wracamy tak naprawdę do punktu pierwszego. Bo dajemy dobry wzór. Nie przerywając dziecku ważnych czynności – uczymy je by nie przerywało nam, gdy jesteśmy czymś bardzo zajęci.

Dziecku łatwiej też jest skupić się na prośbie czy poleceniu, jeśli nie jest w tym samym momencie zaangażowane w coś innego. Banalnie prosta zasady, wystarczy zwracać na to uwagę i już nieco ułatwimy sobie rodzicielskie zadanie.

Po czwarte: starajmy się współpracować z dzieckiem. I tutaj potrzebujemy już odrobinę kreatywności z naszej strony. Wystarczy obowiązek przedstawić w taki sposób by dziecko samo chciało go wykonywać lub traktowało jako zabawę. Albo jeszcze inaczej – podsuwać maluchowi właściwe reakcje.

W jaki sposób to wszystko…? Przykładowo: chcemy by dziecko pozbierało zabawki. Powiedzmy więc jasno i konkretnie, że gdy tylko to zrobi – nie będą się niszczyć chociażby. U nas ta akurat kwestia była absolutnie bezproblemowa. Od bardzo wczesnego okresu Mały człowiek wieczorem zrzucał wszystkie zabawki do pojemników na nie. Najpierw traktował to jako rodzaj zabawy (kto pierwszy więcej nawrzuca), później powoli przechodził w etapy, gdzie wieczorne sprzątanie stało się ogniwem łączącym pewne części dnia. Wie, że sprzątanie zabawek poprzedza kąpiel. I sam biegnie sprzątać, gdy tylko pada hasło, że za chwilę trafi do wanny. Z entuzjazmem zajmuje się porządkami, wiedząc że to naturalna kolejność. I niech tak będzie. 😉

Po piąte: utrzymujmy kontakt wzrokowy. Czasami warto na moment się zatrzymać, pochylić w stronę dziecka i mówić do niego, patrząc prosto w oczy. Ze spokojem i opanowaniem. W ten sposób łatwiej uspokoić malucha, złapać z nim kontrakt i skupić jego uwagę na tym, co próbujemy przekazać. Będziemy mieć wówczas pod kontrolą to, czy w ogóle nas usłyszał i czy dotarły do niego nasze słowa. 

Uchwycenie kontaktu wzrokowego przydaje się zwłaszcza w sytuacji, gdy dziecko jest rozemocjonowane, zdenerwowane albo wręcz agresywne. Mając nas na swoim poziomie, ma nieco większą świadomość tego, co się niego mówi i większa część z tego do niego dociera.

Wiele czynników nie sprzyja rozmowie. Jakiejkolwiek rozmowie, również tej na linii rodzic-dziecko. Musimy pamiętać by zbyt łatwo nie osądzać, absolutnie nie ośmieszać czy nie moralizować nazbyt mocno. Pocieszanie, zawstydzanie czy grożenie na zmianę również mijają się z celem. Podobnie się ma kwestia krytyki czy rozkazywania. Nie próbujmy wyładowywać swoich negatywnych emocji czy zniecierpliwienia na dziecku, które być może nie zrozumie, skąd u nas taka reakcja albo poczuje się tym zbyt przytłoczone i… odpowie tym samym. 

Trzeba pamiętać przede wszystkim o tym, że dziecko nie jest w stanie w takim samym tempie jak my reagować na komunikaty i je rozumieć. Dzieci mają też zupełnie inny sposób postrzegania czasu. Nie potrafią śpieszyć się na żądanie. Jeżeli robią coś szybko – dzieje się tak głównie dlatego, że sprawia im to przyjemność. Nie powinniśmy więc zasypywać pociechy serią poleceń, które miałyby kolejno wykonać. Przekaz powinien być jasny, konkretny i możliwie najkrótszy by uzyskać pożądany efekt. Warto próbować do skutku, cierpliwie i konsekwentnie. Nie od razu Rzym zbudowano, mało które dziecko od razu załapało, jak należy słuchać rodziców. Mało który rodzic umie od razu słuchać dziecko. Wzajemne wysłuchiwanie i wzajemny szacunek to solidny fundament każdej relacji. A dziecko mające poczucie, że jest szanowane – zna swoją wartość. 

mama-sama

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *