Czy #instadziecko ma prawo w ogóle istnieć…?

Bezrefleksyjność, ekshibicjonizm i ciągłe przesuwanie wszelkich granic, które i tak wytyczone są już dość daleko – to skrót, w jakim możemy najtrafniej opisać to, co dzieje się na portalach społecznościowych. Co gorsza – wykonawcami są rodzice. Na dodatek zjawisko jest wręcz nie do zatrzymania. A najgorsze w tym wszystkim jest chyba to, że w kółko mówi się o zagrożeniach, jakie niesie wrzucanie do Internetu zdjęć dzieci i do nikogo to nie dociera.

No dobra! Do garstki ludzi może i dociera, przy czym połowa z nich nie ma kont na portalach społecznościowych w ogóle. Wchodzi człowiek na taki Instagram, przewija, przewija, przewija i… odechciewa się, serio. Od razu rzuca się w oczy kilka grup #instamatek i #instaciotek, jednak w tym wszystkim dość zbliżonych do siebie nawzajem.

***

Każdy może zostać #instagwiazdą! Podglądamy instagramowe rodzinki, w których każdy centymetr kwadratowy domu lśni niczym iluśtam karatowy diament, dziecko ma nieskazitelnie czyste, odprasowane ubranko, do znudzenia wciąż to samo (lokowanie produktu) albo wręcz przeciwnie – non stop inne, żadne nie jest zakładane dwa razy. Mamusia wypacykowana, make up jest, strój jest – zmieniany kilka razy w ciągu dnia. I zasuwa taka przez zaspy z wózkiem, na obcasach, w kusej sukience bo zdjęcia trzeba strzelić. Tak się czasem zastanawiam – one noszą ze sobą wszędzie statyw czy ciągają ze sobą sztab ludzi, który im te zdjęcia robi? Ale nieważne, idźmy dalej. I takie profile tych #instamatek, ociekające słodyczą – bo “mamusia zaparzyła herbatusię dla synusia, pomalowała sobie paznokietki a mężusiowi kanapeczki zrobiła” gromadzą ogromne ilości followersów! Inne #instamatki jarają się, jaka to ona piękna, zadbana, dom prowadzony niczym z żurnala a dziecko n i g d y się nie brudzi.

Nikt nie wpadnie na to, że oglądane zdjęcia a rzeczywistość to dwie zupełnie odrębne sprawy. Mało tego! Zatrważające jest to, że takie profile poza tymi wyidealizowanymi ujęciami nie wnoszą nic… Bo nie są to ani blogerzy, ani jacyś znani ludzie mający coś sensownego do powiedzenia. Nikt, kto mógłby jakkolwiek odmienić nasze życie czy podejście do niego. Jedynie zabrać dziennie trochę czasu na podglądanie ich, wpędzenie nas w kompleksy albo poczucie, że musimy, koniecznie m u s i m y mieć tak samo i to samo!

Pomińmy już te profile niemalże idealne, przejdźmy dalej. Na pęczki dosłownie jest profili #instamatek właśnie a co za tym idzie ich #instadzieci. I tak naprawdę to tutaj zaczyna się prawdziwy cyrk. Bo mamy codziennie pełną relację, krok po kroku – co dziecko zjadło na śniadanie, jak i czym się bawiło, ile spało w ciągu dnia, nawet – o zgrozo! – kąpiel możemy poobserwować na sweetaśnych foteczkach. Niesamowite, jak lekkomyślnie przychodzi tak wielu ludziom szastanie prywatnością własnych dzieci. Naprawdę niesamowite! I tutaj trzeba się na moment zatrzymać. Przypomnijmy po raz kolejny, dlaczego nie powinniśmy wrzucać zdjęć naszych pociech do sieci w taki sposób by dostęp do nich mieli absolutnie wszyscy…?

  • jako rodzice odpowiadamy za bezpieczeństwo naszego dziecka, również to w wirtualnym świecie. Dlaczego nie wrzucimy numeru swojej karty kredytowej i kodu zabezpieczającego do sieci? No właśnie! To nie wrzucajmy zdjęcia dopiero co narodzonej pociechy z jej danymi osobowymi, nazwą szpitala, godziną narodzin a nawet wagą! Skąd wiecie, jak to może zostać wykorzystane? To się tyczy każdej naszej aktywności w Internecie. Nauczmy się wybierać informacje, które możemy udostępnić od tych, których nie powinniśmy absolutnie i pod żadnym pozorem!
  • wizerunek dziecka jest chroniony prawem. Jeżeli nie możemy uzyskać zgody dziecka na publikację (bo jest noworodkiem czy dwulatkiem) nie powinniśmy rozpowszechniać jego wizerunku. Podrośnie, pozwie nas i… wygra. W Internecie nic nie ginie, nie mamy więc pewności, czy kiedyś pociecha nie trafi w sieci na swoje zdjęcie na nocniku czy w resztkach spaghetti, jedzonego rączkami. I wcale nie musi się jemu podobać to w takim stopniu jak nam w chwili publikacji.
  • zdjęcie wrzucone do Internetu przez nas może zostać skopiowane, przetwarzane i dystrybuowane już poza naszą kontrolą. Nie mamy pojęcia, gdzie mogą trafić ani w jaki sposób zostać wykorzystane.
  • kompromitujemy dziecko. I siebie. Za kilka lat dziecko może poczuć się upokorzone, gdy trafi na zdjęcia z ( w jego oczach ) idiotycznymi podpisami czy hashtagami. Internet nie zapomina, naprawdę!
  • nie każdy ma ochotę oglądać nasze dziecko w każdej niemal sytuacji. Proste, prawda? Czy to Instagram, czy to Facebook, czy jakiekolwiek inne podobne im miejsce – nie każdy z naszych znajomych czy też i nieznajomych musi być fanem naszej pociechy w 101 różnych odsłonach dziennie.

Mnóstwo ludzi wybiło się właśnie na Instagramie. To miejsce, gdzie możemy dzielić się pomysłami, inspirować czy motywować ale trzeba mieć na to swój pomysł, coś ciekawego do powiedzenia. Z coraz większym rozmachem zaczyna być kultywowane tworzenie takich “kółek wzajemnej adoracji”, gdzie każdy każdemu słodzi, chwali i liczy na to, że druga strona zrewanżuje się tym samym na jego profilu. Nie da się w nieskończoność wrzucać zdjęć dziecka, ono też kiedyś dorośnie. I czym wtedy się zajmiemy…? A jak ono zareaguje na to, że było “gwiazdą” Instagramu?

Ktoś zaraz powie, że absurdalnym jest bym, mając bloga i konto na Instagramie też – pisała coś podobnego. Ale od samego początku powtarzałam i tego nie zmienię, że Malutki to mój skarb i nie zobaczycie jego buzi nigdzie w sieci bo… takie mam zasady. I tego nie zmienię.

Po co mi Instagram? Do dzielenia się z Wami tym, co współistnieje z blogiem. Napiszę o czymś, co później mogę Wam pokazać w zwyczajnych, codziennych migawkach. Chciałabym mieć czas i umiejętności by robić piękne, katalogowe wręcz zdjęcia ale… po co? Takie znajdziecie u producenta danej rzeczy. Pokazuję to, jak u nas jest naprawdę. A przede wszystkim mogę na bieżąco relacjonować Wam postępy różnych projektów, jak chociażby teraz #12wyzwańMSpl. Tutaj napisałam Wam na początku miesiąca o wyzwaniu a na Instagramie codziennie wrzucam chociażby zdjęcia tego, czym zastępuje porzucane w tym wyzwaniu słodycze. Tutaj pokazuje Wam różne produkty w dość konkretny sposób, opisuję je a na Instagramie widzicie je w codziennym użyciu. I serio – można pokazać wszystko co okołodziecięce, bez pokazywania tego dziecka. Wystarczy pomysł i trochę nagimnastykowania się by strzelić bąblowi zdjęcie, które nie jest rozmazane w biegu, nie pokazuje buzi a eksponuje coś, co chcę zaprezentować. Da się? Da się!

***

Mam nadzieję, że taki tekst pozwoli otrząsnąć się chociaż 1 % osób, które tu zaglądają. Że przejrzą swoje profile na Instagramie czy Facebooku, zmienią ustawienia prywatności by tylko ściśle określona grupa bliskich osób mogła widzieć zdjęcia dziecka a może nawet pousuwają zdjęcia wrzucane wcześniej zbyt lekkomyślnie. Warto zastanowić się, co stawiamy wyżej na szali: prywatność i bezpieczeństwo dziecka czy ilość followersów i lajków? 

9 Responses

  1. Do dziś pamiętam, jak rodzice koleżanki szantażowali jej starszego brata, że jak coś nawywija (mial wtedy 25 lat!) to mi pokażą mi jego “zdjecie z nocnika”. Kiedys takie rzeczy byly dla rodzicow. Pamiatka schowana na dnie szuflady, zeby na się pośmiać na starość. A teraz to żadna kara by była – bo takie zdjecie i tak juz widziały tysiace na insta.
    Chcesz wstawiać goly tylek? Wstawiaj swoj i tyle. Tak samo śniadanie, pośniadanie, przedobiad i obiad, nawał nowych zabawek z “pińcetplus” czy zawartość nocnika. Po co dzieci wciagac w glupote rodziców. Może akurat nie jest dziedziczna, a tak to czym skorupka za mlodu…

  2. Jak człowiek patrzy na niektore profile to az mdli. Niektore laski wypindrzone i ledwie ubrane albo matki ktore robia sobie zdjecia SIEDZAC NA STOLE ALBO BLACIE Z DZIECKIEM – gdzie tu jakies zasady i wzor dla tych dzieci??

    1. Niestety jest masa “znanych” profili matek, gdzie widzimy tylko i wyłącznie wizyty u fryzjera, paznokcie coraz to nowe, mnóstwo ubrań i gadżetów bo TRZEBA pokazać innym “mam więc bierzcie ze mnie przykład”.

  3. A #instababy brzmi trochę jak danie w proszku. Przynajmniej mnie się tak nasuwa od razu skojarzenie…

  4. Mam blogi, facebooki, profile na instagramie i nigdzie nie pokazałam buziek moich dziewczyn. Czasem wrzucam zdjęcia jak je widać z tyłu, jak jesteśmy gdzieś. Ale nigdy w sytuacjach, które mogłyby być dla nich obraźliwe. I kurczę, tak teraz myślę chyba nie powinnam wtedy używać #instadziecko, a używam ? no bo nie widać nic za bardzo 😉

  5. Bezpieczeństwo dziecka jest najważniejsze, mam kilka zdjęć na fb ale to minimum, bo niedawno zrobiłam z tym porządek. No to co czasami się widzi jest naprawdę szokujące! Ale każda matka ma swoje zdanie na ten temat i bierze to na swoje sumienie.

  6. Na insta nie wrzucam zdjęć dziecka, jeśli już to kawałek stopki ☺ zdjęć na nocniku, podczas kąpieli w ogóle nie rozumiem. Na fejsie też ograniczyłam zdjęcia córki, nigdy nic nie wiadomo więc temat warty szczególnej uwagi

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to Top