Dobre nawyki żywieniowe dziecka biorą się z właściwego podejścia rodzica

Pozostając w temacie poruszonym w poprzednim tekście, gdzie rozwodziłam się na temat słodyczy i tego, jak bardzo nieodpowiedzialne i egoistyczne jest ich wpychanie naszym maluchom zamiast uczyć je właściwych nawyków żywieniowych – pójdę kroczek dalej. I napiszę o tym, jak w prosty sposób można wyzbyć się z domu problemu małego niejadka. Albo w ogóle temu zapobiec! Kilka prostych sposobów i nawyków, które warto wypróbować by rozwiązać problem albo po prostu wprowadzać dobre rytuały już od samego początku. Ciekawi…? I bardzo dobrze!

Kiedyś, dość dawno temu, zanim jeszcze pojawił się na świecie Mój Mały Mężczyzna, usłyszałam czy przeczytałam gdzieś, że zmuszanie dziecka do jedzenia to p r z e m o c. Wtedy się nad tym jakoś szczególnie nie zastanawiałam, nie miałam ani nie odczuwałam takiej potrzeby. Z perspektywy czasu jednak widzę, jak trafne są to słowa. Bo spójrzmy na to z nieco innej perspektywy, okej…?

Wyobraź sobie, że siadasz do stołu, nie będąc głodnym, nie mając ochoty na nic ale… zjeść trzeba. Nie zaznasz spokoju, dopóki nie wmusisz w siebie przynajmniej połowy obiadu. Nie czujesz smaku, nie delektujesz się posiłkiem, nie zastanawiasz nad tym, czy to jest smaczne czy też nie. Jesz mechanicznie, bez emocji, wyczekując jedynie końca tej męki. Czyli posiłku. Tak, dokładnie. Posiłek to męka. I to taka męka, która kojarzy Ci się absolutnie ze wszystkim, co najgorsze. Absolutnie z niczym przyjemnym. Absolutnie z niczym, z czym powinno się kojarzyć. Absurd, prawda? Dlaczego więc to samo robimy dzieciom lub próbujemy robić…?

Wyobraź sobie, że nie siadasz do stołu. Wpycha Ci się do ręki jedzenie. A to kanapkę. A to bananka. A to serek taki czy owaki. Nie czujesz smaku bo się nie możesz na nim skupić. Jesz gdzieś tam na kanapie, będąc wgapionym w kolorowe reklamy telewizyjne. Jesz przy innych obowiązkach, nie skupiając się na posiłku w najmniejszym nawet stopniu. Posiłek to niezauważana czynność, dominowana przez inne. Absurd, prawda? Dlaczego więc to samo robimy dzieciom lub próbujemy robić…?

Ktoś zapyta: ale jak to…? No tak to! Popadamy ze skrajności w skrajność. Albo sadzamy dziecko w krzesełko i zmuszamy je do jedzenia. Albo wpychamy jemu przekąski podczas zabawy czy oglądania bajek. Nic pomiędzy. A właśnie to “pomiędzy” może nam zażegnać problem małego niejadka. Serio, serio! I to nie tylko tyczy się rodziców niejadków a w s z y s t k i c h! Bo dziecko musimy uczyć właściwych nawyków żywieniowych. I nie chodzi tylko o to, co ono będzie jeść. Chodzi też o to, w jaki sposób będzie jeść.

Czasami wydaje mi się, że w tych czasach młodym rodzicom brakuje jednej, bardzo istotnej, moim zdaniem, cechy – cierpliwości. Blendujemy zupkę, podgrzewamy w podgrzewaczu, dziecko ma wypasione, dopasowane do niego krzesełko. Mamy gotowe słoiczki, musy owocowe czy inne pyszności dla dzieci. Mamy mnóstwo ułatwiaczy rodzicielskiej codzienności. A gdzieś w tym wszystkim brakuje nam cierpliwości i determinacji. Bo chcielibyśmy by kilkumiesięczne dziecko już za pierwszym razem załapało, jak się ładnie (bez brudzenia się i zostawiania resztek, oczywiście!) je. Próbujemy raz czy drugi i odpuszczamy. Niech je jakkolwiek, gdziekolwiek, byleby c o ś zjadło. I tu już zakrada się pierwszy błąd.

Zasłyszałam kiedyś, na jednej z konferencji dla rodziców, że rodzina, która je razem – trzyma się razem. Ważne jest by od najmłodszych lat wpajać dzieciom kulturę jedzenia i ten rytuał rodzinnych posiłków. Oczywiście wiadomo, że nie da się jeść całą rodziną każdego posiłku, zwłaszcza w ciągu tygodnia, gdy każdy biegnie w swoją stronę za obowiązkami. Ustalcie na początek prostą rzecz. Gdy dziecko już umie siedzieć i ma rozszerzaną dietę, pilnujmy by pałaszowanie tych posiłków miało odpowiednią atmosferę. Sadzamy malucha w krzesełku, bez telewizji w tle, sterty zabawek czy innych atrakcji. Kiedy dziecko jest ciut starsze i podejmuje próby samodzielnego jedzenia – to samo. I też nie pozostawiamy dziecka samego sobie!

Siadamy obok, przy stole, wypijamy chociaż herbatę. Maluch widzi, że mama pije/je i samo też próbuje naśladować. Nie zapominajmy, że dziecko najlepiej uczy się, mając wzór. I to my tym wzorem być powinniśmy. Zasada pierwsza: posiłek to odrębny punkt dnia, skupiamy się wówczas tylko na nim i dziecku w nim towarzyszymy. 

Kolejna ważna kwestia to prawo wyboru. Począwszy od tego, czy dziecko w tej chwili ma ochotę zjeść cokolwiek, kończąc na tym, co by chciało zjeść. Z niemowlętami może być trudniej, rozszerzamy dietę o pojedyncze warzywa czy owoce i to są dopiero początki. Z tym prawem wyboru mam na myśli odrobinę późniejszy czas. Dla przykładu: przychodzi pora podwieczorku. Dajemy dziecku do wyboru banana i jabłuszko. Zna oba owoce, wybierze sobie ten, który chce zjeść.

Oczywiście zdarzą się pewnie trudniejsze dni grymaszenia ale chodzi w tym o to by nie zmuszać dziecka za każdym razem do posiłków wymyślonych przez nas. Zasada druga: jeżeli dziecko zna już ileś smaków, niech ma możliwość i uczy się między nimi wybierać.

Idziemy dalej. Ogromnym uatrakcyjnieniem posiłków dla dziecka jest ich… atrakcyjne podawanie. W sieci możemy znaleźć mnóstwo inspiracji na kolorowe kanapeczki, sałateczki czy obiadki, w których zwykłe danie nabiera bajkowego wydźwięku. Nie róbmy z tego codzienności – w końcu dziecko zacznie domagać się tylko i wyłącznie serka wyciętego na kształt misia czy kawałków jajka z kształcie serduszek. To nie tak! Takie pomysły mają być formą urozmaicenia codziennych posiłków czy pomysłem na łatwe wprowadzenie nowego składnika. Przyznaję się bez bicia: nigdy Małemu Człowiekowi jakiegoś super wypasionego posiłku z różnymi fantazyjnymi kształtami nie zrobiłam. Znalazłam swój sposób, dzięki któremu zajadał z zainteresowaniem. Jaki to sposób? Wszystko osobno! Talerzyk podzielony na części, w każdej z nich coś innego.

Dla przykładu – obiadek w tej formie: osobno brokuły, osobno makaronik, osobno kurczaczek. I zawsze jest zjadane. Zdarza się, że jakiś element zostaje pominięty ale w ten sposób mam gwarancję, że coś on z tego zestawu sobie wybierze i zje. Zasada trzecia: użyj wyobraźni!

I ostatni punkt z listy – dobre nawyki od początku. Może i banał. Zdarzają się różne, skrajne czasem przekonania. Uważam jednak, że im później dieta dziecka zacznie obfitować w sól, cukry czy nadmierny tłuszcz – tym lepiej. Żyjemy w takich czasach, gdzie mamy mnóstwo możliwości. Możemy gotować na parze, smażyć bez tłuszczu, gotować bez ostrych przypraw. Możemy kupować owoce czy warzywa z nieco bardziej sprawdzonych źródeł niż przypadkowy market. Możemy przygotować dziecku domowy deserek zamiast nakupować torbę batonów. Serio, możemy naprawdę sporo. Nie każę stać przy garach całe dnie. Sama rozszerzałam Małemu dietę słoiczkami, na zmianę z domowymi zupkami. Nigdy nie mówiłam, że tkwię przy kuchni przez pół doby. Ale też od początku powtarzałam, że wszystko, co Jemu podaję – jest starannie dobierane. Nie widzę problemu by gotując obiad naszej trójce, odlać trochę zupki do mniejszego garnuszka nim przyprawię ją intensywnie dla nas, dorosłych. Nie widzę problemu by ugotować jemu mięsko inne niż nam. To czasami ledwie kilka minut dodatkowej pracy, wyjęcie drugiego garnuszka czy pokrojenie dodatkowych warzyw.

Nie przesadzajmy, naprawdę. Wiem, że najprościej jest nasmażyć schabowych ociekających tłuszczem i takiego samego dać roczniakowi. Wiem, że najprościej jest dać chipsy czy batona zamiast skroić owoce na jakiś fajny podwieczorek. Ale to, co najprostsze nie zawsze jest tym, co najlepsze! Zasada czwarta: dobre nawyki żywieniowe to podstawa!

Jedzmy razem z naszymi dziećmi, kiedy tylko się da. Uczmy je, jak wyglądają rodzinne posiłki. Nie na kanapie przed telewizorem, nie na dywanie wśród stert zabawek. Gotujmy tak by posiłki były zdrowe. Może kształtowanie w dziecku właściwych nawyków – stanie się dobrą okazją by zmienić nasze i zaczniemy chętniej sięgać po zdrowsze jedzenie…? Nie zmuszajmy dziecka do jedzenia, dawajmy w miarę możliwości prawo wyboru i cieszmy się każdym małym sukcesem: zupką zjedzoną bez rozlewania czy zjedzeniem całej kanapki. Nie faszerujmy dzieci byle czym, nie uczmy ich bezmyślnego najadania się śmieciowym jedzeniem przed ekranem telewizora czy tabletu a kiedyś być może nam za to podziękują. 

mama-sama

8 Comments

  1. Bardzo słuszne zasady. Wydaje mi się, że to z lenistwa wychodzą najgorsze zwyczaje

  2. Jak czasami patrze na te za przeproszeniem bachory, które od najmłodszych lat są uczone tylko żądania, rozpieszczania i otrzymywania wszystkiego co zobaczą w reklamach to aż się we mnie gotuje… Fajnie wiedzieć, że są rodzice którzy potrafią zachować rozsądek i jeszcze nie boją się o tym głośno mówić. A nuż do kogoś trafi i się opamięta. Chociaż na głupotę czasami trudno o lekarstwo jakiekolwiek ;/;/

  3. Sama prawda!
    Ja nigdy nie zmuszam do jedzenia, jak nie chce to nie je A jak jest głodny, sam przychodzi i mówi, ze chce jeść.

  4. Takie wpychanie pamiętam ze stołówki szkolnej. Nie zjesz – nie wrócisz do klasy. To niczego nie uczy i na pewno dziecka tak męczyć nie pozwolę.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *