Cztery kroki do wyzbycia się trującego perfekcjonizmu w roli matki

(Nie)stety przyszło nam żyć w czasach, gdzie rywalizacja wpajana nam jest od najmłodszych lat a wszystko, dosłownie wszystko, traktowane jest jak wyścig. Ty masz z a l e d w i e mieszkanie ale znajomy ma j u ż dom! Twoje dziecko liczy do dziesięciu ale dziecko sąsiadki liczy przecież już do piętnastu! Po ciąży zostało Ci dziesięć kilogramów na plusie a Twoja siostra nie przytyła ani grama w trakcie swojej. I tak dalej i dalej. Chcemy być lepsi, najlepsi, tacy idealni, tacy super, tacy fajni, tacy… bleee. Bo ileż można się ścigać? I o co? W tym wyścigu nie ma zwycięzców, nie ma nagrody, nie ma tak naprawdę żadnego celu. Powtarzam: nie ma celu.

Matka idealna jest zawsze, absolutnie ZAWSZE uśmiechnięta, zawsze podchodzi do wszystkiego ze stoickim spokojem, zawsze z perfekcyjnym makijażem, fryzurą i czułym słówkiem dla męża. Matka idealna od świtu sprząta, pierze, g o t u j e dla swojej pociechy, o żadnych tam słoiczkach mowy nie ma, piersią karmi jeszcze nawet dwulatka, do żłobka nie odda – bo przecież siedzieć w domu z dzieckiem będzie do jego osiemnastki albo i do wypłynięcia na studia! Matka idealna ma dziecko idealne. To chyba oczywiste…? Dziecko idealne pierwsze wśród znajomych rówieśników główkę podniesie, zabawkę chwyci, zupkę zje i siądzie też pierwsze, o chodzeniu i pierwszym zębiszczu nie wspominając. Dziecko idealne wychowywane jest bezstresowo a i tak nie można jemu nic zarzucić. Dziecko idealne ma idealny pokoik, idealne zabawki i idealnie czyste z a w s z e ubranko.

Nosz kurde, Wy tak serio…?! Ano serio. Zupełnie serio. Skąd to wiem? Na króciutki moment wpadłam w pułapkę perfekcjonizmu. Moi drodzy – bowiem ten absurdalny wyścig zaczyna się właściwie z chwilą, gdy otoczenie dowiaduje się o Waszej ciąży. Ale jak to – to j u ż czwarty miesiąc i Wy wciąż nie macie wyprawki?! Ale jak to – to nie macie wybranych imion dla obu płci?! Ale jak to – piętnasty tydzień a ono wciąż nie kopie?! I tak dalej i dalej… Niekończąca się lista, niekończące się alejaktowanie. Wkrada się poczucie winy. Zaraz po nim pojawia się mobilizacja. My nie będziemy mieć już wyprawki? My?! Oczywiście, że będziemy mieć! Z najwyższej półki! Są oszczędności, są kredyty, jest 500+, jest rodzina – rożek przecież musi być n a j l e p s z y, musi nam rosnąć koneser drogich tkanin! Wózek musi być Mercedesem wśród wózków. Pokoik najlepiej to niech urządzi dekorator wnętrz, jeszcze coś spieprzycie i źle kolory dobierzecie! Można by mówić i mówić.

Perfekcjonizm wprowadził się do mnie na chwilę po tym, jak Tamten Mężczyzna zniknął a ja otrzepałam się i wstałam po tych wydarzeniach, gotowa zawalczyć o coś lepszego dla nas. Nie. Nie. Nie. Nie lepszego. idealnego! Wtedy wszystko miało być idealne. Świadomość, że zastępuję Malutkiemu oboje rodziców popychała mnie do myślenia: nie ma ojca, musi mieć więc absolutnie w s z y s t k o. I miał. Najpierw idealny kąt w mojej sypialni, później zrezygnowałam z niej, przeniosłam się na kanapę w salonie a On miał idealny pokoik. Komoda pełna ubranek, kosze pełne zabawek, lodówka pełna Jego przysmaków. Nie brakowało Jemu niczego. Ale to nie chodzi nawet o to. Pracowałam ponad siły, padałam na twarz ale tłumaczyłam sobie, że tak ma być, tak m u s i być. Nie mógł być przecież gorszy od innych, od dzieci, które mają oboje rodziców. Miałam perfekcyjnie zaplanowany każdy dzień, obowiązki przy Malutkim przeplatane deadlinami i ślęczeniem nad klawiaturą. Miałam perfekcyjnie wysprzątane mieszkanie. Miałam wrażenie, że trzymam wszystko w garści. Miałam wrażenie, że sprawuję nad wszystkim kontrolę. A wewnątrz się sypałam. Zarzucałam sobie zbyt małe starania mimo wszystko. Wypominałam sobie każdy błąd, każdą ponadprogramową drzemkę, każde drobne potknięcie. Paranoja!

Na szczęście dziś mogę powiedzieć: uleczyłam się z tego perfekcjonizmu. Nie ma go, odszedł, zniknął, dał mi spokój a ja dałam sobie spokój z nim. Jak to zrobiłam…? Trochę potrząsnęli mną przyjaciele, trochę pomogła samoświadomość tego, jak źle mogę skończyć, brnąc w to dalej a trochę pomogła mi miłość. Miłość do mojego Małego Mężczyzny a później, z biegiem czasu, do B. Musiałam przejść cztery etapy, które doprowadziły mnie do momentu, który trwa teraz a który można nazwać krótko: zdrowy egoizm. Niemożliwe w roli matki? Możliwe!

Krok pierwszy: przestałam się porównywać do innych

Najgłębsza z pułapek. Jak już zaczniesz – trudno z tego wybrnąć. Jeszcze kilka miesięcy temu moją “ulubioną” myślą było: inne dzieci już mówią a Malutki tylko gaworzy! Jestem złą matką! Bo tak było. Inne maluchy, nawet trochę młodsze, wołały do rodziców to i owo, mój brzdąc jedynie gestykulował i coś tam po swojemu mruczał. Poszliśmy do specjalisty, dowiedziałam się, że wszystko jest w porządku, mój wówczas prawie-dwulatek jest rozumnym i mądrym chłopcem, jedynie trochę leniwym i trzeba dać Jemu czas. Zaczęłam skupiać się na tym, co nam wychodzi i co On potrafi – to o wiele łatwiejsze niż doszukiwanie się tego, czego jeszcze się nie nauczył a jak jakiś Jego rówieśnik już tak. I podobnie było w wielu innych kwestiach. Przestałam porównywać, dążyć do jakichś wybujałych ideałów, zamartwiać się czymś co tak naprawdę nieistotne. I zadziałało. Potrzeba było czasu, uporu, samodyscypliny ale zadziałało.

Krok drugi: przestałam być drobiazgowa

Banał na pozór. W rzeczywistości zwyczaj trudny do wyeliminowania. Musiałam nauczyć się, że nie warto przejmować się rzeczami mało istotnymi. Książki nie zawsze muszą być ustawione na półkach alfabetycznie. Świat się nie wali, gdy odłożę jakąś gdziekolwiek, gdzie znajdzie się miejsce. Kosz na pranie nie musi być zawsze pusty. Gdy jest pełen brudów – świat się przecież nie wali, dopóki mamy w czym chodzić 😉 Przestałam pedantycznie dbać o swoje miejsce pracy, układać wszelkie notatki, papierzyska i książki według jakiejś tam zasady. Leży to leży – byleby nie zginęło i było pod ręką. Co kilka dni oczyszczam przestrzeń z zamkniętych już spraw i projektów. I żyję. Serio, świat się nie wali, gdy nie robię tego kilka razy dziennie. Ustaliłam sobie pewne granice: dopóki nie odczuwamy skutków jakichś drobnych zaniedbań czy odpuszczania czegoś – jest dobrze. Jest po prostu dobrze.

Krok trzeci: świadomość, że mam prawo do błędów

Wcześniej nawet nie brałam tego pod uwagę nawet. Teraz nauczyłam się z niektórych błędów śmiać, z innych czerpać naukę, nad innymi przechodzić do porządku dziennego. Niedawno pomyliłam się, wlałam kilka porcji płynu do prania zamiast jednej, pralka wypluła w łazience mnóstwo piany, ta wypływała spod drzwi. Pstryknęłam zdjęcie, wysłałam dla przyjaciół, pośmialiśmy się, podłogę umyłam i tyle. Żadnego roztrząsania, szukania w sobie winy. Stało się i tyle. Świat się nie zawalił. I dotyczy to zarówno ważnych, jak i tych nieistotnych kwestii. Pralka to tak naprawdę drobiazg. Zdarzają się gorsze błędy. I do takich też mam prawo. Teraz to wiem. I tego się trzymam.

Krok czwarty: zaczęłam pozwalać sobie pomóc

Pozwolenie sobie na myśl, że nie muszę liczyć tylko i wyłącznie na siebie było cholernie trudne. Bo nagle, z dnia na dzień, po całym tym zakręconym czasie tylko we dwoje, pojawił się ktoś trzeci i to na dodatek ktoś, kto chciał p o m ó c. W drobnych, codziennych sprawach ale wyręczyć mnie czy zwyczajnie p o m ó c. Bardzo trudna sprawa. Ten krok a raczej sukces w tej materii, zawdzięczam w zasadzie tylko i wyłącznie B. Nikt wcześniej nie przekonał mnie na tyle porządnie, że nie muszę ze wszystkim zmagać się sama. Odczułam wielką ulgę, dochodząc powoli do momentu, gdy bez skrępowania potrafiłam poprosić o pomoc w tym czy tamtym lub pozwolić Jemu coś po prostu zrobić. Nauczyłam się też z biegiem czasu ważnej rzeczy: takich spraw nie warto roztrząsać. Sam rzucił się do załadowania zmywarki? Okej! Zdążę w tym czasie napisać ze dwa akapitu tekstu, wziąć prysznic albo wypić herbatę. Prosta sprawa. Koniec i kropka.

***

Duszenie się w codziennym perfekcjonizmie, narzucanie sobie skrajnych wymagań, nieustanne podnoszenie poprzeczki może w przyszłości odbić się czkawką. Możemy zapędzić się w taką sytuację, że nie będziemy umieć znaleźć z niej rozsądnego wyjścia bo nagle cały nasz perfekcjonizm eksploduje tym nagromadzonym napięciem a gdy opadnie kurz… pozostanie głucha pustka. I wtedy możemy się trochę zdziwić. Ja? Ja czegoś nie ogarniam? Mnie coś przerasta? Ale jak to? To w ogóle możliwe? Możliwe. Oczywiście, że możliwe.

Trzeba nauczyć się opiekować samym sobą. Potrafić odpowiedzieć na pytanie: kiedy ostatnio odpocząłem/am chociaż trochę? Zdrowy egoizm. Branie pod uwagę swoich potrzeb. Dbanie o ich zaspokojenie na tyle, na ile się da. Bo – powtórzę to już któryś raz – szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko. I mówię to ja – do niedawna pracująca na dwa etaty, studiująca, wychowująca dziecko za dwoje, ogarniająca dom, bloga i pierdyliard innych spraw, zdana tylko na siebie. I zarazem świadoma tego, że dla siebie też coś robić trzeba. By nie zwariować. By nie paść ze zmęczenia. By być szczęśliwa.

 

mama-sama

3 Comments

  1. No no. Przeczytalem z przyjemnością. Z pewnością samej było Ci bardzo ciężko i tym bardziej podziwiam za to, ze udalo Ci sie zluzowac. To nie jest łatwe. No bo dziecko… Tak dziecko jest i bedzie. Jak ja bylem malym berbeciem, to mieszkalismy w szkole. Doslownie. Na dole szkola na gorze mieszkania. Bez bierzacej wody. Ta trzeba bylo ciagnac z korytarza. Kibel okolo 30 metrow od szkoly. W oddzielnym budynku. Ubrania dostawalem po starszym bracie albo z ciucha. Rower to jak ojciec z kolegą zrobili sami. Wbrew pozorom nie pochodzę z biednej rodziny. Tylko rodzice odkladali ile mogli na dom. Nigdy nie mialem pretenshi do nich o to wszystko. Charatajac w gale na wsi trzeba bylo miec tylko dres albo spodenki. Koszulka czesto zbedna byla. Nie wiem skad to sie wzielo, ze wszystko musi byc naj? Dla mnie musi byc funkcjonalne. Np krzeselko do karmienia kupilismy za 50 zl i nie zamienilbym go na zadne. Etap wspomnanego jaktowanis na szczescie nas ominął. Nnikt sie nie wtracal. A jak chcieli cos kupic dziecku to albo pytali nas o zgode, albo dawali na to pieniadze. Pozdrawiam serdecznie

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *