Mam blog. Mam też swoje życie.

Pamiętam moment, kiedy zakładałam tego bloga. Było po drugiej w nocy, po kilku godzinach pisania projektów, błądziłam po sieci, szukając inspiracji do kolejnego. Łzy płynęły po policzkach, nie tknięta nawet kolacja stała na stole, tuż obok komputera. Malutki spał w łóżeczku, taki maleńki, bezbronny, spokojny. Moje serce w tamtym okresie składało się z tysięcy maleńkich kawałków, rozbite i potrzaskane do granic możliwości. Każdy z tych kawałeczków był rozgniatany z każdym kolejnym dniem. Na pozór nie do posklejania.

Niedawno widziałam gdzieś słowa: >>Dom możesz zbudować z niczego, możesz go umocnić. Ale dom jest bardziej delikatną sprawą. Dom to ludzie, którzy go wypełniają. Ludzie mogą być rozbici. Ale każdy chirurg wie, że to, co jest złamane, może być poskładane. To, co jest zranione, może być zagojone. Bez względu na to, jak jest ciemno, słońce znów wzejdzie. << Słowa napisane prawie półtora roku temu, do Was, zresztą – jak wiele innych. Teraz już wiem, że słońce mogło znów wzejść. I wzeszło.

***

Blog w styczniu skończy dwa lata. Jest zaledwie kilka miesięcy młodszy od Małego Mężczyzny. Nazywałam go już tutaj różnie. Był śmietnikiem, do którego wrzucałam wszystkie niechciane wspomnienia i uczucia. Był autoterapią, która miała mi pomóc otrząsnąć się po tym, co zgotował nam Tamten Człowiek. Był papeterią, na której powstawały listy do ojca, którego tak naprawdę nigdy nie było. Był placem boju, na którym walczyłam o taką czy inną współpracę. Był moim portfolio, dzięki któremu sypały się zlecenia. Dotarłam, dotarliśmy do momentu, że ten blog stał się czymś o wiele większym niż na samym początku. Teraz wygląda i funkcjonuje o wiele lepiej niż chociażby rok temu. Teraz potrafię rzeczy, o których wcześniej nie miałam nawet pojęcia. Ciągle się uczę. Równolegle z wkuwaniem do egzaminów na studia, wyszukuję podręczniki i poradniki dla twórców internetowych, które zaskakują mnie pojęciami o których znajomość nigdy wcześniej bym siebie nie próbowała nawet posądzać. Można? Można! I to zupełnie samodzielnie!

Nie zapominam jednak o tym, ile razy walił mi się tutaj świat. Nie zapominam o tych setkach – mniej lub bardziej bolesnych – upadków. Bo nie przeczę – zawalił mi się przecież świat. Zbierałam jego kawałeczki przez długie tygodnie a kiedy udawało mi się je posklejać – walił mi się mniej lub bardziej na nowo. Czasami nieważne, ile byśmy się starali – niemoc i poczucie bezsilności wkradają się, próbują rozgościć i coraz śmielej wtrącać w nasze poczynania. Sukcesywnie je wyrzucałam, za każdym razem powtarzając sobie, że przecież mam dla kogo walczyć. I nieważna, czy była to walka o rodzinę, walka z codziennymi obowiązkami czy walka o siebie. Zawsze motywował mnie Malutki. Swoją siłę zawdzięczam temu małemu blondynkowi z wielkimi, niebieskimi oczami. Mój mały bohater i moja wielka siła zarazem. I to właśnie na jego gruzach, na gruzach tego małego świata, dzień po dniu, zaczęło powstawać COŚ. Coś, co stało się namacalnym dowodem na to, że chcieć znaczy móc a podnieść można się niemal po każdym upadku.

***

Czasami jednak bywa zwyczajnie ciężko. Nadal bardzo dobrze się miewa przekonanie, że blogerzy “tylko” coś tam sobie napiszą, “tylko” zrobią sobie selfie czy dwa. Prawda jest jednak nieco inna… 🙂 Cały czas staram się ulepszać stronę. Każda, nawet najdrobniejsza zmiana to jakiś tam wysiłek, jakieś starania, jakaś przyswojona wcześniej wiedza. By opublikować kilka zdjęć, zazwyczaj trzeba zrobić ich kilkadziesiąt i spośród nich wybrać najfajniejsze. Można by tak mówić i mówić. Lubię to. Ze zwyczajnego pisania, przelewania swoich myśli na klawiaturę, płynnie przeszłam w tworzenie małej społeczności, własnej strony, maleńkiego świata, w którym o wszystko trzeba zadbać by działało bez zarzutu.

Jednak jesteśmy tylko ludźmi. Każdy miewa gorszy czas, każdemu zdarzają się trudniejsze dni. Mało tego! Złośliwość rzeczy martwych i wszelkiej maści awarie zdarzają się niekiedy częściej niż człowiekowi gorszy moment. I to jest dopiero dramat! Jeśli pozbycie się niedogodności jest w naszej mocy i możemy sobie z tym poradzić – problem nieco się zmniejsza. Jeśli jednak nie mamy na to najmniejszego wpływu i pozostaje nam czekać, aż ktoś lub coś spowoduje, że wszystko wróci do normy – sytuacja zaczyna stawać się naprawdę stresująca. Kolejna kwestia to ludzie. Hejterzy znajdą się wszędzie, takie mamy czasy. Najlepiej po prostu ich ignorować, ewentualnie zbywać. Absolutnie się nie przejmować. Pozostaję jednak te zachowania i reakcje, które irytują, smucą albo zwyczajnie wkurzają. Postanowiłam więc obalić trzy najczęstsze mity, jakie funkcjonują w społeczności czytelników. Może potem będzie łatwiej?

# nie jestem dostępna całodobowo przez siedem dni w tygodniu

Niby banał a jednak nie do zrozumienia. Facebook, Instagram, blog, skrzynka mailowa – kanały, którymi można do mnie dotrzeć. Niegdyś odpowiadałam na niemal każdy komentarz na Facebooku, na każdą wiadomość od razu, na Instagramie czy poczcie to samo. Z czasem zaczęło stawać się to niemożliwe. Codzienność to obowiązki domowe, zawodowe, uczelniane. Nie tylko blog. Ślęczenie z telefonem w ręce czy komputerem na kolanach i na bieżąco odpowiadanie – są zwyczajnie niemożliwe. Nie mam (jeszcze) ustalonych sobie godzin by się tym zajmować, chociaż powoli chcę dążyć do usystematyzowania działań okołoblogowych i zapewne w końcu taki harmonogram sobie wyznaczę. Kolejna kwestia, poruszana przeze mnie już wielokrotnie – Facebook nie ma pierwszeństwa, jeśli chodzi o kontakt. Zawsze najpierw sprawdzam skrzynkę mailową i tam odpowiadam w pierwszej kolejności. Poza tym mam wyłączone powiadomienia z portali społecznościowych by nie wytrącały mnie z rytmu pracy czy ważnych spotkań. Podsumowanie: można napisać e-mail, wiadomość na Facebooku – odpisuję, gdy tylko znajdę na to chwilę ale nie jestem w stanie robić tego absolutnie na bieżąco, o każdej porze dnia i nocy. 

# nie jesteśmy tablicą ogłoszeń ani rubryką reklamową

Potęga blogosfery bywa niedoceniana. Utarło się już, że lokujemy produkty, reklamujemy coś za przysłowiowy flakonik perfum a jeśli o czymś wspominamy – na pewno nie robimy tego za darmo. Pamiętam letni wieczór ponad rok temu, gdy na Instagram wrzuciłam zdjęcie z naszego pobytu na wsi. Na drewnianych, ogrodowych meblach mój laptop i butelka soku. Jeszcze tego samego wieczoru dostałam bardzo nieprzyjemną wiadomość od jednej z czytelniczek, że odlajkowuje nas i przestaje obserwować bo – cytuję – “sprzedałam się za butelkę marnego napoju”. O cholera. To, że byłam w szoku – to odrobinę za mało powiedziane. Soku nawet nie kupiłam, po prostu wzięłam sobie jakiś, który znalazłam akurat w kuchni rodziców, upały były, schłodzona bomba witaminowa miała mi uprzyjemnić pisanie. A tu takie pretensje. To, że coś pojawi się na zdjęciu nie oznacza wcale, że w jakikolwiek sposób z daną firmą współpracuję… 😉

Jeżeli jakiś produkt u siebie opisuję czy polecam – robię to dlatego, że dokładnie go przetestowaliśmy i sprawdziliśmy, z czystym sumieniem mogą polecić. O ewentualnych wadach też wspominam. Tutaj jednak sprawa bywa też dość zabawna w drugą stronę. Niekiedy dostaję takie propozycje “współpracy”, że można spaść z krzesła. Przykład? Pisze do mnie ktoś z pewnej firmy i to wcale nie najmniejszej, z pytaniem czy nie zechciałabym w kolejnym wpisie o pokoiku Małego Mężczyzny zrecenzować ich pościeli. Przeglądam ich stronę, oferta rzeczywiście ciekawa, pasująca do naszego gustu i samego pokoiku. Wstępnie się zgadzam, wspólnie z tą osobą wybieramy wzór a później dowiaduję się, że mam tak ukryć na zdjęciach metki by się nie pourywały przed odesłaniem z powrotem… Aha. Czyli źle zrozumiałam! To nie współpraca na zasadzie produkt za recenzję a recenzja za wynagrodzenie widocznie. Ale nie. To nie o to chodzi. Mam zrobić świetne zdjęcia (osoba ta miała konkretne wytyczne co do nich), zrobić obszerny wpis z recenzją, promować firmę w social-media zupełnie za darmo. I to nawet już nie chodzi o sam fakt tego, że taki nakład pracy nie wiązałby się z niczym w zamian. Chodzi o samo podejście do sprawy… Pomijając takie sytuacje, często zdarzają się naprawdę fajne współprace i kampanie, przy których aż chce się pracować, tworzyć, inspirować i polecać recenzowane produkty innym. Podsumowanie: nie ma nic za darmo. Nawet wpis sponsorowany wymaga takiej samej, jeśli nie większej, pracy. 

# anonimowość jest niewiele warta

Nieprawda. Kiedyś napisałam: >> Nie publikuję zdjęć Malutkiego nawet na prywatnym profilu na Facebooku. Nasze dziecko to nasza sprawa a ochrona Jego prywatności powinna być naszym priorytetem. To się raczej nie zmieni. Może zobaczycie kiedyś stópkę albo rączkę wystającą z wózka na zdjęciu uchwyconym gdzieś na spacerze, żeby pokazać Wam coś zupełnie innego. Ale nie obiecuję. << Blog zmienił się diametralnie, gdy porównać jego pierwotny wygląd z obecnym. Ale ta zasada akurat się nie zmieniła. Jak wiecie i widzicie – rzeczywiście z czasem Mały Mężczyzna zaczął się pojawiać tu i ówdzie ale Jego buzia wciąż pozostaje ukrywaną. To nasz najcenniejszy skarb. A najcenniejszymi skarbami mało kto dzieli się z całym światem. Podsumowanie: anonimowość to ochrona tego, co najważniejsze. Nie wszystko jest przeznaczone dla oczu całego świata. 

***

Będę pisać, będę tworzyć, to miejsce będzie nadal ewoluować. Chociaż już nie jestem mama-sama, nadal mam wiele do przekazania, do pokazania. Teraz będziemy pokazywać Wam to razem, we troje. Będziemy Was inspirować wspólnymi siłami, zdradzać co ciekawsze triki stosowane w naszej codzienności i możecie być pewni – tak szybko tematy nam się nie skończą. Bo kiedy nasz Mały Mężczyzna z dnia na dzień dorasta i się zmienia, w naszym postrzeganiu świata również zachodzą zmiany, dostrzegamy coraz to coś innego. On nas inspiruje, my inspirujemy się wzajemnie i to są nieskończone źródła wszelkiej motywacji. 

5 Responses

  1. Dobrze napisane 🙂 Chociaż mi na razie nie doskwiera “popularność” ani – co za tym idzie – burzliwa krytyka czy wybujałe pretensje. Życzę Ci jak najlepiej – i to nie tylko w sferze blogowania. Ale niech to blogowanie daje radość, a nie przymus czy zobowiązanie – ja to sobie ciągle powtarzam 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to Top