Żłobek ➡ dlaczego (mimo wszystko) moje dziecko tam trafiło?

I stało się. Mój Malutki, moje maleństwo – za moment skończy dwa lata. A co za tym idzie – nadszedł trudny (przede wszystkim dla mnie chyba) moment, gdy musiałam rozejrzeć się za żłobkiem dla nas. Wszystko ma swoje granice. Również cierpliwość przełożonego. Zabieranie pracy do domu, przyprowadzanie dziecka ze sobą, zastępstwa przez kolegów w weekendy czy inne udogodnienia, które pozwalały mi jakkolwiek wszystko godzić – również swoje granice miały.

Sielanka się skończyła. Miałam trudny wybór: daję z siebie wszystko albo odchodzę. Odpowiedź była banalnie prosta, jak się można domyślić. Sytuacja nie pozostawiała więc złudzeń. Musiałam znaleźć opiekę dla Mojego Małego Mężczyzny na przedpołudnia, gdy będę w pracy. I się zaczęło.

***

Do placówki państwowej oczywiście się nie załapaliśmy. W możliwie bliskiej okolicy znalazłam zaledwie trzy prywatne, miejsce w jednej tylko z nich. Najważniejsze, że się udało! Miałam więc w perspektywie 4 kilometry od progu naszego budynku do bramy żłobka – wg nawigacji – i milion pytań, gdy pierwszy raz pod tą bramą stanęłam. Ogromna ilość zielonego terenu, całe mnóstwo zabawek i innych atrakcji na zewnątrz – już na pierwszy rzut oka wyglądało to dobrze. A później było już tylko lepiej. Przesympatyczna Pani Dyrektor, pięknie urządzone wnętrza, malutkie grupy i warunki opieki dokładnie takie, jak chciałabym by wyglądały. Żłobek dofinansowywany po części przez miasto, czesne więc nie rujnuje portfela, nawet za wyprawką nie musiałam biegać – wszystko oprócz pampersów mają na miejscu. Adaptacja przebiegła szybko i łatwo – o tym będzie niebawem – a Malutki jest zachwycony nowym miejscem. To najważniejsze. Na pozór. Bo obaw, wątpliwości i pytań była ogromna ilość nim zdecydowałam się stanąć w progu tegoż przybytku.

Nieco przygnieciona ilością informacji, przestróg i – oczywiście – krytyki otoczenia, gdy rzuciłam hasło o takiej ewentualności, musiałam bić się z myślami przez kilka dni nim ostatecznie zdecydowałam się z postanowienia nie wycofywać. I tak też zrobiłam. Nie wycofałam się. Co przekonało mnie właśnie do takiej decyzji? Pomijając oczywiście sytuację zawodową, główne role odegrały trzy kwestie:

#1 Dziecko potrzebuje kontaktu z rówieśnikami

Oczywista oczywistość możnaby rzec. Od pewnego wieku. I wiadomo, że kilkumiesięczny maluszek nie łaknie tak drugiego maluszka, jakbyśmy tego chcieli, posyłając go do żłobka. Gdy mowa o dwulatku – sprawa ma się już nieco inaczej. Zwłaszcza gdy – tak jak w naszym przypadku – taki brzdąc zwyczajnie nie potrafi znaleźć sobie w domu zajęcia, które zainteresowałoby go na dłużej a na placu zabaw wręcz cały się trzęsie z radości na widok rówieśników. Bo tak było. Pokoik Malutkiego to kopalnia skarbów. Regał pełen książeczek, kosze klocków, piłki, samochody duże i małe, ukochane przytulanki i wszelkiej maści zabawki. Każda zajmuje go na stosunkowo krótko, niedługo później znów próbuje otwierać piekarnik, zmywarkę, wygrzebuje lód z zamrażarki czy wkrada się do łazienki i włącza sam pralkę. Mogłabym siedzieć obok Niego, bawić się z Nim, podejmować próby zainteresowania a i tak wszystko spełzłoby na niczym – zainteresowania za grosz, ewentualnie krótkotrwałe. Najchętniej stałby pod drzwiami wejściowymi i domagał się wyruszenia na plac zabaw. Kontakt z rówieśnikami był więc wskazany. A wręcz wymuszany. Wychowywanie Go tylko wśród dorosłych byłoby zwyczajnym wyrządzaniem krzywdy. Po prostu.

#2 Żłobek jest tańszy niż opiekunka. (A dziecko przecież potrzebuje kontaktu z rówieśnikami!)

Nic dodać nic ująć. Biorąc pod uwagę – mimo że to żłobek prywatny – dofinansowanie od miasta, czesne wychodzi o wiele, wiele niższe niż miałoby wyglądać wynagrodzenie dla ewentualnej opiekunki. Nikt z bliskich niestety nie mógł podjąć się opieki w takich godzinach codziennie, pozostawałoby mi więc odnalezienie kandydatki idealnej. Na dodatek takiej, która do wspomnianych godzin pracy by się dostosowała. Pozostawianie Go z opiekunką codziennie nie zmieniłoby też ani trochę problemu, jakim był brak kontaktu z rówieśnikami. Ten argument – powracający niczym bumerang – po raz kolejny przeważył szalę decyzji.

#3 Żłobek to atrakcje i możliwości, których nam brakuje w domu. (No i dziecko potrzebuje kontaktu z rówieśnikami!)

W naszym żłobku Mój Mały Mężczyzna ma rytmikę. Nie musimy więc już chodzić na zajęcia taneczne dla maluchów, na które wiosną Go zapisałam.  W naszym żłobku dzieciaki są osłuchiwane z angielskim od samego początku, raz w tygodniu przychodzi też Pan, który pokazuje im różne instrumenty, prowadzi zajęcia muzyczne. Żłobek sam w sobie również gwarantuje wiele z tego, czego w domu niekoniecznie by doświadczał. Bo jest tam ogromna przestrzeń na świeżym powietrzu do wybiegania się, bezpieczna dla dzieci – to nie to samo co balkon, osiedlowy plac zabaw czy park. Mój Mały Mężczyzna uczy się przy tym wszystkim współżycia w grupie. Wraca więc znów powtarzana po stokroć albo i więcej: potrzeba kontaktu z rówieśnikami.

***

W całym tym zamieszaniu wokół tematu znajdą się też i argumenty, które dość skutecznie odpierają decyzję o posłaniu dziecka do żłobka, ewentualnie ją opóźniają czy sprawiają, że wymaga naprawdę sporej siły charakteru. Wiele ostrzeżeń się nasłuchałam, gdy otwarcie zaczęłam przyznawać, że do żłobka niebawem Malutki trafi. Przede wszystkim powtarzane wielokrotnie argumenty: bo dzieci w żłobku chorują, bo miejsce dziecka jest przy matce, itd. Nie jest łatwo podjąć taką decyzję, gdy presja otoczenia jest niemała. Niekiedy bardzo trudno o zrozumienie ze strony bliskich. Przecież dziecko nie będzie do pełnoletniości przy spódnicy mamy, która musi pracować na jego utrzymanie – zwłaszcza jeśli żłobek może wyjść jemu tylko na dobre. Mało tego! Stwierdzenie, że ktoś jest złym rodzicem bo wysyła malucha do placówki jest nad wyraz niesprawiedliwe – niekiedy nie mamy nawet pojęcia, jak sytuacja takich rodziców do podobnych kroków – nierzadko wbrew sobie – zmusza. Jakie argumenty skutecznie zniechęcały mnie przed podjęciem decyzji? To trzy najistotniejsze:

#1 Poczucie winy

Nie do pokonania. Wszechobecne, nie dające o sobie zapomnieć. W chwili podpisywania umowy. W chwili adaptacji. W chwili, gdy pierwszy raz zostawiałam Malutkiego za drzwiami sali zabaw. Poczucie winy rosło z każdym kolejnym kilometrem oddalającym mnie od żłobka i z każdą kolejną godziną bez Niego. Nie mijało przez wiele dni. I tego właśnie się obawiałam już na etapie rozważań nad tym krokiem. Wiedziałam, że tak będzie. Nie mogłam tylko przewidzieć, że to poczucie winy będzie tak dojmujące. Gdyby nie wsparcie przyjaciół i stawianie mnie do pionu przy każdym momencie wątpliwości – nie przetrwałabym, zabierając Go stamtąd czym prędzej. Podczas gdy On… świetnie się odnalazł i żłobek uwielbia. Oczywiście wciąż jestem na etapie telefonu do cioć w połowie dnia. Codziennie. Po prostu spytać, jak sobie radzi. Ot banał.

#2 Żłobek = infekcje

Temat rzeka. Podobno dzieci uczęszczające do żłobków i przedszkoli chorują co niemiara, wyrabiając normę i za te, które pozostają w domu. Podobno. Mój Mały Mężczyzna póki co zachorował raz i to w zasadzie po jednym z weekendów – wątpię więc by żłobek jakkolwiek się do tego przyczynił. Póki co więc, odpukać, ta obawa pozostała dość przesadzoną. Nie zmienia to faktu, że była i w zasadzie wciąż jest dość silna. Nie wyobrażam sobie sytuacji, gdybym miała często brać zwolnienie lekarskie na Niego. Szef by tego nie akceptował z pewnością. Nie wyobrażam sobie też ciągłych chorób. Dlatego cieszę się, że to wszystko do tej pory omijało nas szerokim łukiem.

#3 Żłobek = rozproszenie

Wiele się nasłuchałam i naczytałam o tym, że dzieci przebywające w żłobku – są później rozproszone, nie potrafią się skupić na niczym, brakuje im domowej rutyny i stabilności. Pozornie można to tak odbierać i rozumieć. Jednak w żłobku plan dnia jest stały, po powrocie do domu również mamy swoje rytuały, weekendy planuję tak by wycisnąć z nich maksimum dla nas – nie zauważyłam dotąd tego rozproszenia czy jakichkolwiek niepokojących sygnałów. Mój Mały Mężczyzna już wysiadając co rano z samochodu pędzi do furtki a za nią do szatni i swojej cioci. Jest dobrze mimo wszelkich obaw. I dopóki jest dobrze – niech tak zostanie. 🙂

***

Tyle w temacie wad i zalet rozwiązania, jakim jest dla nas żłobek. Po adaptacji i początkowym okresie samodzielności Malutkiego tam, śmiało mogę stwierdzić: to się u nas po prostu sprawdza. Dziecko zadowolone, mama może pracować bez zbędnych komplikacji – nic więcej nam nie potrzeba. Żłobek stał się naszym codziennym elementem życia, bez którego Mój Mały Mężczyzna nie umie się już obejść.

mama-sama

5 Comments

  1. Super wpis 🙂 sama nie długo stanę przed wyborem żłobka i dziękuję bardzo za ten wpis pomógł mi bardzo 🙂

  2. Mój syn też chodził do żłobka, niestety przez pierwsze pół roku bardzo chorował. Przetrwalismy to. Ja jestem jak najbardziej za żłobkiem, porównujac rozwój dzieci, które chodziły do żłobka z tymi siedzących w domu z dorosłymi widać ogromną różnicę. Pozdrawiam

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *