Jeśli Ty chcesz mnie, żadna z tych rzeczy nie jest ważna. Wezmę i dam tyle ile się da!

>> Pojaw się w moim życiu a nic od Ciebie nie będę wymagać. Wręcz przeciwnie – pragnę dać Ci więcej niż posiadasz, o wiele więcej niż Ty chciałbyś dać mi. Chciałabym Cię bezinteresownie uszczęśliwiać, ochronić, nie chciałabym Cię zmieniać bo kochałabym Cię takim, jakim byś był, jaki byłbyś naprawdę. Tak zwyczajnie chciałabym Ci dać coś więcej niż banalne drobiazgi. Chciałabym z Tobą rozmawiać, uwielbiać te rozmowy. Chciałabym martwić się, starać, troszczyć. Chciałabym móc Ci obiecać, że nie zostawię Cię bez żadnego wyraźnego powodu, będę tak po prostu obecna tu w Twoim życiu, bez żadnych warunków, bez żadnych zasad. Potrzebuję tylko pewności, że nie zamieniłbyś mnie na żadną inną. Tylko tyle. I aż tyle.

W tej bajce nie ma księżniczki czekającej w wieży. W tej bajce nie będzie księcia na białym rumaku. To nie jest Śpiąca Królewna ani 50 twarzy Greya. Mimo to może przydarzyć się: i żyli długo i szczęśliwie. I żyli razem, kłócili się i godzili. Zabiegali o siebie, rozumieli się i po prostu – kochali. Pojaw się, zdecyduj i zostań. Oddam Ci wszystko, co mogę oddać. Ale zostań. << Te słowa napisałam całkiem niedawno, zaledwie dwa miesiące temu. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak szybko przyjdzie mi do nich wrócić. Bo tak naprawdę nigdy nie wiemy, kiedy spotkamy na naszej drodze kogoś, kto wywróci nasze życie do góry nogami. Ja też nie wiedziałam, wierzcie lub nie – spadło to wszystko na mnie jak grom z jasnego nieba. Posłuchajcie więc krótkiej historii o tym, że nie warto zamykać samemu sobie drzwi, przez które możemy przejść do czegoś o wiele lepszego. 

***

Po prostu się poznaliśmy. Przypadkiem. Kiedyś. Nie spodziewałam się po tej znajomości niczego ponad coś absolutnie przelotnego. Brzmi brutalnie, wiem. Ale czułam to z jednego prostego powodu: mam dziecko. Ta myśl stała się kontrargumentem na każdy, który podsuwał mi zdrowy rozsądek. Wychodziłam z założenia, że to Go zniechęci szybciej niż zdążymy wypić drugą kawę. Mimo że przekonywałam Was i siebie tutaj, że matka też ma prawo do tego czy tamtego – w ostateczności strach mnie obleciał. Może dlatego, że podświadomie wyczułam, że to coś wartościowego? Żyłam więc sobie z tym strachem od spotkania do spotkania, wciąż czekając na odpowiedni moment by powiedzieć o Malutkim. Im dłużej zwlekałam tym gorzej mi z tym było. Wiedziałam, że wyrządzam krzywdę przede wszystkim sobie: dowie się i Go więcej nie zobaczę… Zawód nieunikniony, łzy będą się lać. W końcu to zrobiłam. Wyrzuciłam to z siebie, cała spięta czekając na słowa, którymi znajomość zostanie zakończona. I się zawiodłam. Zawiodłam w jak najbardziej pozytywnym sensie. Serio, serio! Bo B. wciąż tu jest mimo upływającego czasu. I podobno ma zamiar być. Mimo że próbowałam i poniekąd nadal próbuję Go nieco do tego zniechęcić.

Ktoś zapyta: ale jak to zniechęcić…? To wyolbrzymione może stwierdzenie. Od momentu, gdy się dowiedział o wszystkim – próbowałam w dość realny sposób pokazać Jemu, jak wygląda nasz świat. Nie musiałam się szczególnie starać. Trafił w moment, gdy Malutki był chory, do tego doszły ostatnie podrygi ząbkowania i zaowocowało to kilkoma koszmarnymi nocami, których był świadkiem. Cały czas brałam pod uwagę to, że w pewnym momencie po prostu wyjdzie i nie wróci, przygnieciony ciężarem tego, czego z dnia na dzień zaczął doświadczać. Nie wyszedł. Wracał za to każdego dnia. Gdy Mój Mały Mężczyzna zanosił się płaczem, noszony przeze mnie na rękach, On był tuż obok. Zawsze. Bez cienia irytacji, złości, zmęczenia. Cokolwiek by nie czuł – nie dawał po sobie poznać, roztaczając aurę takiego spokoju, że sama się w nią zapadałam, wyciszając niezależnie od tego, jak zaogniona była danej nocy sytuacja. Działał na mnie tak bardzo kojąco już samą obecnością.

Ktoś zapyta: ale po co zniechęcić…? To już banalnie proste. Bo nie o samo zniechęcenie jako takie, chodziło. Nie chciałam po prostu doprowadzić do tego, że będzie miał wyobrażenie o życiu z dzieckiem inne, niż jest nim ono naprawdę. By zdawał sobie sprawę, że nie wyskoczę do kina ot tak, spontanicznie. By wiedział, że wieczór przy filmie i winie może oznaczać równie dobrze moje bieganie co chwilę do łóżeczka na płacz Malutkiego. By najzwyczajniej w świecie potrafił obiektywnie dostrzec wszystkie te trudności, jakich nie trzeba by było pokonywać, gdyby chodziło o kogoś bez zobowiązań, bez dzieci, bez pierdyliarda obowiązków. Kogoś po prostu równemu Jemu, kto może sobie pozwolić na więcej niż ja. To tyle w teorii. W praktyce okazało się, że dosłownie n i c nie jest w stanie Go odstraszyć, zniechęcić, skłonić do zmiany zdania, wycofania się czy zniknięcia z dnia na dzień. Uparty osobnik jak mało kto. Postanowił sobie i tak ma podobno być. A jak ma być? Tutaj pozwolę sobie już zacytować: Jeśli Ty chcesz mnie, żadna z tych rzeczy nie jest ważna. Wezmę i dam tyle ile się da. Serce mięknie, oj mięknie. Podobnych zapewnień było i jest więcej, to jedno najbardziej mi jednak utkwiło w pamięci, najgłębiej w nią zapadło.

Po prostu to się toczy, po prostu na to pozwalamy. Wyszarpujemy te momenty tylko dla siebie, tylko we dwoje, balansując między swoimi obowiązkami zawodowymi, wspólnymi wieczorami i chaosem, jaki wprowadza mój mały człowiek w zwyczajną codzienność. Myślałam, że będzie trudniej, mniej naturalnie i mniej normalnie. Miałam – i zresztą wciąż mam – tak wiele obaw. Zupełnie niepotrzebnie. 

Każdego dnia przekonuję się, że mam prawo być otoczona troską. Nie tylko troszczyć się o kogoś ale i sama jej doświadczać. Każdego dnia przekonuję się, że mam prawo do filiżanki kawy podanej prosto do łóżka. Nie muszę zawsze dbać sama chociażby o takie detale. Każdego dnia przekonuję się, że mogę usiąść i z ogromną przyjemnością popatrzeć, jak mój syn bawi się z kimś, kogo uwielbia. To najpiękniejsze, czego mogę doświadczyć. No właśnie. Malutki. Mój Mały Mężczyzna. Za B. wręcz przepada – mają swoje zabawy, których ja nie umiem i nawet nie próbuję naśladować. Niekiedy już na samo zapewnienie, że B. niebawem się pojawi, Malutki kręci się w pobliżu drzwi, wyczekując momentu przybycia. Dostrzegalne jest to, że wcześniej zwyczajnie brakowało Jemu męskiego wzorca, kompana do codziennej zabawy, do której ja nie potrafiłabym podchodzić tak, jak B. Jest dobrze, jest naprawdę dobrze i jestem o wiele spokojniejsza, wiedząc, że Mój Mały Mężczyzna akceptuje osobę, która z każdym kolejnym dniem staje się dla mnie coraz ważniejsza.

***

Nie rozumiem, jak można było przez tak długi czas wmawiać samej sobie, że drugi człowiek nie jest nam do niczego potrzebny, że wystarczy tylko dziecko – bo mamy skupić się tylko i wyłącznie na jego wychowaniu. Jak można było powtarzać wszystkim, że szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko a przy tym to szczęście utożsamiać jedynie ze spełnieniem zawodowym? Jak można było odbierać sobie możliwość zwyczajnego, codziennego szczęścia, błogiego w swoim spokoju i normalności? 

mama-sama

12 Comments

  1. masz w leb!
    Czuję sie absolutnie urażona dowiadując sie o takich rzeczach z bloga!😃

  2. dokładnie tak jak piszesz, obaw jest całe mnóstwo, ja po 2 latach samotności znalazłam mężczyznę, który od roku dzieli ze mną troski i radości, ale był strach, że słowo dzieci (bo nie jedno a dwójka), go odstraszy – nie odstraszyło, sam do tego ma córkę, wiec śmieję się, że to taka patchworkowa rodzinka, pozszywana z kawałków nieszczęść, małych ludzkich tragedii, bo rozstania z rodzicami tych dzieci, bo dzieci tęskniące za drugim rodzicem, każde z nas od najstarszego do najmłodszego swoje przeszło. Ale kiedy jesteśmy razem, jesteśmy szczęśliwi i te skrawki układają się w całość dosyć oryginalną, ale piękną 🙂 i jak bardzo brakowało mężczyzny w domu, on jest od bicia się z moimi chłopakami, szaleństw, a ja od pocieszania i głaskania, w końcu jakaś równowaga zaistniała. Kiedy ja już tracę cierpliwość i nie mam siły zaganiać dzieci po raz kolejny do sprzątania, to on bierze się do ustalania zadań i pilnuje ich wykonania, a co najważniejsze, nawet po najgorszym, najpaskudniejszym dniu, mogę położyć głowę na jego ramieniu, poczuć jak mnie obejmuje i pomyśleć sobie, ze choć by się waliło i paliło, to znalazłam swoje miejsce na świecie 🙂

    • gdyby ktoś miał wątpliwości, oczywiście od takiego bicia się na niby, moi chłopacy jak to chłopacy, najlepszą zabawę maja z okładania go pięściami i zaczepiania na 1000 możliwych sposobów 🙂

  3. Taaa wybacz mój cynizm ale prawda jest taka ze szczęście wybiera sobie osoby. Jednym jest to pisane , drugim nie bardzo i mówienie sobie .. mnie też to kiedyś spotka nie jest niczym dobrym bo w momencie kiedy pojawia się porażka człowiek załamuje się bardziej tak wiec próbowanie i próbowanie kończące się porażką kolejną jest jak przysłowiowy gwóźdź do trumny .
    Pozdrawiam była romantyczka 🙂

  4. Facet ma jaja. No i ogromne szczęście!! Czekamy za coraz lepszymi wiadomościami! Zasłużyłas! !!!

  5. Życzę dużo szczęścia, aż serce rośnie kiedy się to czyta. Ja jestem na takim etapie, że nie wierzę, że ktoś tak po prostu się nie podda że ja i tylko ja, że bezinteresownie wejdzie w moje życie. Mój synek od początku nie pozna ojca, nic dla niego w końcu nie znaczylam, wpadka z obcokrajowcem, który chciał pozbyć się nas obojga. Mój chory synek ma tylko mnie, słabą i zniszczoną tym co przeszłam, kto ma tyle siły żeby wyciągnąć wrak z szalupą na brzeg 😢

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *