Czasami tak po prostu każdemu bywa smutno – prawda?

Przyszło nam żyć w takich czasach, w których szczęście jest od nas wręcz wymagane. Musimy być zadowoleni, szczęśliwi, spełnieni. Musimy z uśmiechem odpierać wszelkie złośliwości losu, z każdego upadku podnosić się z ogromną motywacją, na każde pytanie znać odpowiedź. Musimy, po prostu musimy. A co, jeśli czasami brakuje nam na to sił? A co, jeśli czasami jesteśmy tak zwyczajnie słabi? Tak po prostu potrzebujemy wsparcia? Tak po prostu chcemy by to o nas ktoś zadbał? Czasami tak po prostu każdemu z nas może być smutno, prawda…?

Nikt nie może nas zmusić do bycia przesadnie szczęśliwym. Właściwie nikt nie może nas zmusić do bycia jakimkolwiek stopniu szczęśliwym. Nikt nie może nas zmusić do entuzjazmu i ekscytacji tym powszechnie panującym przywiązaniem do wszystkiego, co jednorazowe. Bo przecież teraz wszystko jest właśnie takie. Wybieramy wirtualne znajomości, udawane życie polegające na ustawianiu wszystkiego pod oczekiwany efekt na Instagramie, hierarchię wartości żywcem z Cosmopolitan czy telewizyjnych show. Swoją wartość przeliczamy na lajki czy followersów, uzależniając się od zabiegania o uwagę i podziw innych. Wybieramy wkładanie kolejnych masek, które mają odwracać uwagę otoczenia od tego, co tak naprawdę dzieje się w naszym wnętrzu. Wybieramy wymuszony uśmiech zamiast szczerych łez, nutę kpiny zamiast współczucia, drwinę zamiast aprobaty. Wszystko na opak, nic tak jak być powinno, nic po ludzku, zwyczajnie. Wszystko dla zachowania pozorów tego szczęścia i spełnienia, których się od nas w brutalny sposób oczekuje. A przecież nie każdy musi być tak szczęśliwy, jak pani na okładce kolorowego czasopisma. Bo przecież nawet ona odgrywa jakąś rolę.

***

Kiedyś ktoś mi powiedział: masz zdrowe dziecko, masz pracę, masz dach nad głową – bądź szczęśliwa, inni mają gorzej. Okej! Po części się z tym zgadzam. Konkretniej to z drugim członem tego stwierdzenia a mianowicie: inni mają gorzej. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że są tacy, którzy mają gorzej. Serio. Ale dlaczego miałabym odmówić sobie prawa do walki o to by było jeszcze lepiej? Czy fakt, że nie jesteśmy w możliwie najgorszej sytuacji, od razu obliguje mnie do pełni szczęścia? Czy od razu mam obowiązek tym szczęściem promieniować? Czy od razu nie mam prawa na cokolwiek narzekać, czegokolwiek pragnąć, do czegoś tęsknić? Oczywiście, że takie prawo mam. I w pełni z niego korzystam. Bo narzekam, pragnę, tęsknię. Bo chciałabym sporo zmienić i jakąś część z tego zmieniać się staram. W imię właśnie tego szczęścia, które chciałabym osiągnąć.

Mam wspaniałe, zdrowe, mądre dziecko. Mojego małego, słodkiego blondynka. Nie posiadam się ze szczęścia, gdy robi ogromne postępy w czymkolwiek. Pierwszy krok, pierwsze słowo, pierwsza jazda rowerkiem, pierwsze samodzielne posiłki, tak wiele pierwszych, pięknych, wzniosłych dla mnie momentów- pamiętam każdy i każdy wiele mi przyniósł. Dumy, radości, spełnienia. Spełnienia jako mama i tata w jednej osobie. Spełnienia jako rodzic. I chociaż doskonale zdaję sobie sprawę z naszej sytuacji i tego, jak los usypał naszą drogę – nikt mnie nie może zmusić do pogodzenia się z tym bez żadnej walki, bez żadnych prób, bez żadnego, najmniejszego nawet wysiłku, który miałby prowadzić do zmiany na lepsze. Bo zawsze może być lepiej. Bo przecież mam absolutne prawo chcieć by ktoś obok nas był. Gdy całą swoją uwagę skupiam na Malutkim – mam prawo chcieć by ktoś trochę uwagi skupił na mnie. Bo przecież mam absolutne prawo chcieć coś osiągnąć. Gdy pracuję, godzina po godzinie, noc za nocą – mam prawo chcieć czasami zostać doceniona, zrobić coś ponad to, co niezbędne,  być ponad innych, zostać zauważona. Mam prawo do ambicji, mam prawo do marzeń. I nikt nie może zarzucić mi niewdzięczności. Sam fakt posiadania pracy nie zobowiązuje mnie od razu do szczęścia.

Czasami zastanawiam się, jak miałoby wyglądać nasze życie, gdybym chciała nazwać je idealnym, pełnym szczęścia? Czasami zastanawiam się, czego do tej pełni szczęścia właściwie mi brakuje? Bo przecież są takie chwile, gdy to szczęście jest przeogromne a zdarzają się też i takie, gdy wkrada się rozdzierający smutek. I do niego właśnie każdy z nas ma absolutne prawo. Do smutku. Do łez. Do chwil słabości. Bo tak naprawdę – to one nas umacniają. I tak naprawdę, gdyby nie one – często nie nauczylibyśmy się wielu naprawdę ważnych rzeczy. A wielu z nich przecież potrzebujemy. Dlatego za każdym razem, gdy przychodzi taki moment smutku – pochylam się nad nim, czerpię tyle nauki ile się da i przechodzę nad tym do porządku dziennego. Bardzo wiele czasu zajęło mi nauczenie się tego procesu by przebiegał właśnie w ten sposób ale, wierzcie lub nie, to działa. Naprawdę działa.

Gdy patrzę na te wszystkie szczęśliwe rodziny, na ojców bawiących się ze swoimi dziećmi na placu zabaw. Gdy widzę te ogromne pokłady miłości, jakich inne dzieci doświadczają ze strony swojego Taty i wiem, widzę, że moje dziecko tego nie ma ani nie może odczuć – już nie płaczę, tych łez po prostu nie ma. Nie spuszczam już wzroku na taki widok. Potrafię sobie wytłumaczyć, że – być może – tak być musiało, być może gdzieś czeka prawdziwy Tata dla mojego Malutkiego, który pokocha go bardziej niż ten biologiczny. Być może będzie wspanialszym ojcem niż moje wyobrażenie na temat tego, jakim byłby Ten Mężczyzna. Być może tak zwyczajnie nas pokocha, tak po prostu będzie grał z moim małym chłopczykiem w piłkę, być może po prostu będzie taki, jakimi są inni, których tylko obserwuję. I z czasem nawet zaczęłam przekuwać to “być może” w całkiem uzasadnione “na pewno”. Bo to szczęście na nas czeka. Być może na końcu jakiejś długiej drogi a być może tuż za rogiem. A to, że czasami jest mi smutno? Nie wstydzę się tego. Zwyczajnym jest tęsknić za czymś, czego się bardzo pragnie.

Gdy patrzę na te wszystkie szczęśliwe pary, trzymające się za ręce, pochylające się ku sobie przy kawiarnianych stolikach. Gdy widzę zdjęcia kolejnych znajomych, którzy wzięli ślub, zaręczyli się, cieszą się z narodzin wyczekiwanych dzieci – już nie płaczę, tych łez po prostu nie ma. Nie spuszczam już wzroku na taki widok. Potrafię sobie wytłumaczyć, że mnie też to jeszcze czeka. Potrafię zastąpić wspomnienia związane z Tym Mężczyzną innymi. Potrafię już myśleć o czymś, o kimś zupełnie innym. W pewnym momencie spotkałam kogoś, kto na chwilę odwrócił uwagę od tego wszystkiego. Zapomniałam o wybieraniu weselnego menu, liście gości i przejmującym bólu już po wszystkim. Każdy z tych detali poszedł w zapomnienie. Pojawiły się inne migawki. Spacer wzdłuż Warty w środku nocy, bezbłędne odgadywanie, na jaką kawę mam ochotę czy niepohamowany śmiech z byle powodu. I mimo że nic nas nie łączyło, nie połączyło i łączyć nie będzie – ten krótki ale intensywny czas pozwolił mi zrozumieć, że na mnie rzeczywiście gdzieś ktoś czeka. Gdzieś jest ktoś, kto zatrze te wspomnienia już na zawsze. I jestem absolutnie gotowa by tego kogoś poznać. A to, że czasami jest mi smutno? Nie wstydzę się tego. Zwyczajnym jest tęsknić za czymś, czego się bardzo pragnie.

***

Nie sposób cały czas się uśmiechać, z ogromną motywacją piąć się ponad przeszkodami a każdą porażkę przyjmować z podniesionym czołem. Nie sposób. Nie da się. To niemożliwe. Każdy ma prawo do smutku, do chwil słabości, do łez, niekiedy tych najbardziej gorzkich. Każdy ma prawo być człowiekiem. Bo jesteśmy tylko ludźmi. I naprawdę nieludzkim by było wymagać od nas innych zachowań. Nikt nie ma prawa zabronić nam smutku. Najważniejsze to czerpać z niego lekcje tak, jak z każdego innego doświadczenia. Więc róbmy to. Płaczmy, wspominajmy, ocierajmy łzy, wstawajmy i wzbogaceni nowymi doświadczeniami – idźmy dalej. Oczyszczeni, świadomi i pełni nadziei na coś lepszego. Po prostu. 

One Response

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to Top