Szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko!

Zrywam się ze snu. Wyskakuję z łózka, przeskakuję poniewierające się na podłodze kapcie w panterkę, w biegu wciągam szlafrok i już jestem przy łóżeczku. Malutki całkowicie rozbudzony siedzi w kąciku, tuląc poduszkę zwiniętą w kulkę. Patrzy na mnie wyczekująco. Biegnę do kuchni, włączam czajnik – wodę wlałam do niego już wieczorem na zaś. Pędzę z powrotem do sypialni. Rozbieram Malutkiego, próbuję założyć Jemu czystego pampersa. Ale gdzież by tam! Goluteńki czmycha spod moich rąk, raczkując po łóżeczku. Łapię Go, pakuję w pieluchę, ubieram. W kilka sekund docieram do kuchni, zalewam zimną wodą przygotowany już wcześniej w butelce proszek, dolewam wrzątku, zakręcam, wstrząsam nią już w drodze powrotnej. Biorę Malutkiego, kładę na swojej poduszce, podaję butelkę. Jego malutkie rączki zaciskają się na niej, słyszę głęboki odgłos przełykania, oczka powoli się Jemu zamykają. Moje jeszcze walczą, chociaż powieki są ciężkie. W końcu zasypia, butelka jest pusta. Otulam Go kocykiem, przykrywam nas oboje kołdrą, obejmuję Go ręką i zasypiam.

Chyba pada deszcz. Ale mokro! Przecieram twarz. Ręka lepi się od ciągnącej śliny. Fuuuj! Otwieram jedno oko. Widzę podniebienie. Takie ludzkie, zwyczajne podniebienie. W wersji mini. Malutki jedną rączką opiera się na mojej szyi, drugą trzyma moich włosów, otwartą buzię tuż przy moich oczach i tak jakby ogląda moje… czoło? Otwieram drugie oko. Zauważył moją aktywność. Z impetem opada na mnie. Przygnieciona prawie dziewięcioma kilogramami nigdy niewyczerpującej się energii, leżę i odwlekam moment podniesienia się. Ghhhrrr! Baaaa! Buuuu! Krzyczy na mnie coraz głośniej, wstaję więc, wkładam Go do łóżeczka i biegnę po butelkę soczku dla małego terrorysty.

Bawimy się na środku mojego łóżka, Malutki niczym walec drogowy zmiata ze swojej drogi wszystko co napotyka, raczkując z ogromnym zaangażowaniem. Zerkam po raz pięćdziesiąty na zegarek. Kiedy ta drzemka?! W końcu zasypia a ja pędzę do pralki, wyjmuje pranie, rozwieszam, włączam kolejne. Szoruję butelki szczotką, rozchlapując pianę, płuczę, wyparzam. Zalewam herbatkę dla Malutkiego, kawę dla siebie, szykuję kolejną porcję mleka. W brzuchu mi burczy ale konsekwentnie ignoruje ogromną lodówkę. Póki co biegnę do salonu, wyrzucam na kanapę całą stertę ubranek, które dopiero co zdjęłam z suszarki, włączam żelazko, telewizor i pospiesznie wracam do kuchni. Chwytam kubek kawy. Kątem oka zerkam na ekran, prasuję kolejne koszulki, śpioszki, układając je na równiutkie sterty, posegregowane według ich przeznaczenia.

Słyszę płacz, wyłączam żelazko, już jestem przy łóżeczku. Przewijam, przebieram, wysypuję z pudła Jego zabawki, trochę z Nim gaworzę i wracam do prasowania, przesuwając się bliżej drzwi, żeby mnie widział. Kończę w końcu prasowanie, układam ubranka w komodzie, chwytam odkurzacz, sprzątam, popijam ohydna już kawę.  Nadchodzi moment posiłku. Malutkiego, nie mojego – oczywiście. Siedzimy sobie wygodnie, brzdąc popija mleczko z butelki, co chwilę robi przerwy, wyjmując z buzi smoczek i rozchlapując mleko gdzie popadnie. Wycieram. Chlapie. Wycieram ponownie. Znów chlapie. OK. Nie wycieram. Wytrę, jak skończy. Więc On nadal rozchlapuje, z tą różnicą, że nie przerywam Jemu ciągłym wycieraniem.

Przychodzi pora obiadowa. Czysto teoretycznie. Zupa z torebki musi dziś wystarczyć, nie mam czasu na gmeranie w garach. Gotowa zupa stoi na blacie w kuchni a ja biegam po mieszkaniu. Kleks w pampersie, wymioty na koszulce i dziki pisk – równoznaczny z przekazem: Mamo, na ręce! – skutecznie odwracają moją uwagę od jedzenia. Przebieram, przewijam, uspokajam. Kiedy zasypia- pędzę włączyć kolejne pranie, umyć butelki, siorbię trochę zimnej zupy, dzwonek do drzwi. listonosz. Polecony. Podpis. Z banku. Rzucam kopertę na biurko, Malutki się budzi. Koperta wpada w moje ręce ponownie dopiero trzy dni później.

Czas kąpieli. Już na sam widok wanienki z rysunkiem kaczuszki zaczynają się dzikie harce. Raczkuje, podskakuje, piszczy, rzuca się na ręcznik. Niczym nieposkromiona radość z nadchodzącej kąpieli w żaden sposób nie daje się ujarzmić. Próbuję Go rozebrać, w tym czas On namierza wzrokiem puder, próbuje Go więc od razu dosięgnąć. W końcu jest nagusieńki, siedzi w wanience, patrzy mi w oczy i otwiera buzię. I zaczyna się. Z całych sił uderza rączkami w wodę, chlapiąc pianą wszędzie. Im bardziej woda się rozpryskuje, tym bardziej On ją rozchlapuje. Próbuję Go umyć. Nie pozwala, wygina się i piszczy. Pozwalam więc Jemu na odrobinę zabawy, zanim podejmę kolejną próbę. W końcu czyściutki i pachnący ląduje w wielkim ręczniku. Na ułamek sekundy. Jak tylko udaje się Jemu ogarnąć sytuację, od razu zaczyna raczkować w stronę ozdobnej poduszki na kanapie. Niekończąca się szarpanina- On wysuwa się z ręcznika, ja ponownie Go okrywam. I tak w kółko. W końcu jest suchy, przypudrowany i w czystej pieluszce. Wkładam Jemu body. Nie zdążam zapiąć a ich rąbek już ląduje w Jego buzi. Wsuwam Jemu rękawki pajacyka, zapinam guzik po guziczku, walcząc w wierzgającymi nóżkami. Te dziecko chyba nigdy się nie męczy!

W końcu śpi w łóżeczku. Najedzony, otulony cieplutkim kocykiem, uśmiecha się przez sen. Po wyszorowaniu butelek, zgarnięciu Jego zabawek do pudła, posprzątaniu po kąpieli, siadam przy biurku. Na kilka sekund, bo zaraz później słyszę ciche kwilenie. Akcja usypiania widocznie powiodła się z dość krótkotrwałym skutkiem. Zaczynamy więc od nowa. Włączam cichą muzykę, biorę Go ponownie na ręce. Kilkanaście minut później znów śpi. Odpuszczam sobie na razie pracę, idę pod prysznic. Co kilkanaście sekund zakręcam wodę, sprawdzając, czy nie płacze. Błyskawicznie się wycieram. Antyperspirant, olejek na włosy, balsam. Wciągam czyściutkie leginsy i czyściutką tunikę – ciekawe, jak długo przetrwają nieskalane mlekiem, śliną, wymiotami czy czymkolwiek podobnym…

W końcu siadam do pracy. Do trzeciej w nocy piszę, przegryzając to czekoladowymi ciastkami z marmoladą i słoiczkiem  z musem jabłkowo-brzoskwiniowym. Malutki nie polubił tej kombinacji smaków, Mamusia więc dojada zapasy. W końcu kładę się spać a zaledwie kilkanaście minut później budzi mnie płacz. Czuję się, jakby czołg po mnie przyjechał. Chyba zapomniałam już, co oznacza słowo: wypoczęta.

* * * 

I tak zazwyczaj wygląda codzienność za wyjątkiem jednego dnia w tygodniu, kiedy Malutki zostaje z Babcią a ja uzupełniam nam zapasy na cały tydzień, robiąc zakupy w markecie, przy okazji załatwiając inne, nie cierpiące zwłoki sprawy. Marzy mi się masaż w ukochanym salonie, manicure – nie mylić z pośpiesznym paćkaniem lakierem po nocach – albo zwyczajny spacer, bez pośpiechu, nieobładowana torbami niczym wielbłąd, w bezkształtnym worku nazywanym elegancko: oversize. 

Czy fakt, że matka – zajmując się dzieckiem 24 godziny na dobę – ma takie małe, niewinne marzenia, oznacza, że jest złą matką? Tydzień temu wybierałam się na arcyważną dla mnie konferencję. Pierwszy służbowy wyjazd od czasu ciąży. Wszystko opłacone, dopięte na ostatni guzik, łącznie z nową spódnicą. Nie pojechałam. Padło: teraz jesteś matką, ze wszystkiego MUSISZ rezygnować.

Serio?! Jestem matką – fakt niezaprzeczalny. Jestem też i ojcem – prawdziwy się ulotnił, przejęłam więc, chcąc nie chcąc, też i Jego rolę. Muszę więc zarobić na naszą dwójkę, co za tym idzie – nie powinnam odpuszczać obowiązków. Nie wybierałam się na tydzień w SPA, całonocną imprezę czy szał zakupów i innych przyjemności. Czy tylko dlatego, że kiedyś były inne czasy, nie mogę liczyć na pojedyncze epizody wsparcia ze strony starszego pokolenia…?

Z rozczuleniem obserwuję śliczne obrazki: Tatuś zostaje z dzieckiem, Mamusia wychodzi z koleżankami, do fryzjera, wyjeżdża na weekend. Mamusia śpi całą noc, Tatuś wstaje do dziecka. Ale tylko obserwuję. Nie doświadczam. Kocham swojego synka nad życie, uwielbiam być z Nim, dbać o Niego i ogromną satysfakcję daje mi świadomość, że ze wszystkim sobie radzę. Ale czy macierzyństwo musi od razu oznaczać męczeństwo – tak dobitnie wciskane nam od pokoleń? A co z pojęciem: szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko? 

Synonimem szczęścia jest dla mnie widok Jego maleńkich stópek wystających spod kocyka. Poranne obślinianie mojej twarzy. Obserwowanie, jak siada i raczkuje. Wyczekiwanie na pierwsze słowo i pierwszy krok. Szczęście te byłoby pełniejsze, gdyby mogło być dzielone. Ale tak jak jest – też jest dobrze. 

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to Top